Program Leader zarządzany przez Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi (MRiRW), a wdrażany przez samorządy województw, bardzo długo nie mógł wystartować. Ruszył dopiero w tym roku. Powstała sieć ponad 300 tzw. lokalnych grup działania (LGD), czyli stowarzyszeń, tworzonych przez samorządy i partnerów społecznych. To do nich, do 2013 roku, będą trafiać unijne środki i to one będą decydować o ich podziale na podstawie stworzonych przez siebie tzw. lokalnych strategii działania.
Najpierw trzeba wydać

Pierwsze nabory wniosków, które już się odbyły, rodzą obawy o sprawną realizację tego programu. Około 40 proc. organizacji i osób prywatnych, które były zainteresowane wykorzystaniem środków Leadera, wycofało się, kiedy poznały jego założenia. Zniechęciły je skomplikowane procedury.

– Wniosek o przyznanie pomocy, gdy wypełnia się go po raz pierwszy, jest zupełnie niezrozumiały, w niektórych miejscach wręcz sprzeczny – mówi Bartosz Jakóbiak z Lokalnej Grupy Działania z Rostkowa w woj. mazowieckim.

Problemem jest także to, że Leader w przeciwieństwie do innych programów aktywizujących wieś przewiduje tylko refundację kosztów poniesionych na realizację projektu. W innych programach pomocowych dla wsi oraz programach unijnych, np. w Programie Operacyjnym Kapitał Ludzki (PO KL), fundusze dla wsi są dostępne w formie dotacji.

– To jest zupełnie inna filozofia finansowania. Ogromnym problemem dla małych wiejskich organizacji jest to, że najpierw muszą zdobyć pieniądze na projekt, potem je wydać, a dopiero wtedy otrzymają refundację – uważa Urszula Pużanowska z Lokalnej Grupy Działania Gościnna Wielkopolska.

Tymczasem wiejskie organizacje nie mają własnego budżetu ani zdolności kredytowej. Muszą szukać sponsorów, ale jest to trudne, jeśli powstały niedawno. Nie ma też banków zainteresowanych finansowaniem wiejskich inicjatyw.
Nie wszystko z UE

Dodatkowym problemem jest też tzw. wkład własny wymagany od wnioskodawcy. Na przykład w przypadku tzw. małych projektów, na które można otrzymać do 25 tys. zł, trzeba wyłożyć ze środków własnych 30 proc. tej kwoty. Jedynie 10 proc. wkładu można wnieść w formie rzeczowej, np. czasu pracy wolontariuszy.

Dla porównania tzw. mały grant (do 25 tys. zł) z PO KL organizacje pozarządowe mogą otrzymać, nie ponosząc żadnych kosztów własnych.
Opóźnienia w ocenie

Problemem jest długi czas oczekiwania na wydanie decyzji. LGD sprawnie rozpatrują wnioski, ale następnie trafiają one do urzędów marszałkowskich i Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa (ARiMR). Tam na decyzję trzeba czekać miesiącami.

– Nie można zaplanować inwestycji czy przedsięwzięcia, które chce się zrealizować tu i teraz z wielomiesięcznym wyprzedzeniem – mówi Jarosław Niemczyk, właściciel firmy doradczej IRP Inwestycje-Rozwój-Personel z Bielska-Białej.

Jeszcze gorzej jest z tworzeniem nowych miejsc pracy. Wielu rolników nie wie, że mogą się starać o pieniądze na ten cel nie tylko w konkursach ARiMR, ale też w naborach prowadzonych przez LGD.

Wiekszość złożonych przez nich wniosków w programie Leader nie spełniała kryteriów merytorycznych, ponieważ nie wpisywały się w lokalne strategie rozwoju.

– Rolnicy chcieli otwierać na wsi warsztaty samochodowe lub myjnie, a powinni stawiać na turystykę i rekreację, która wydaje im się niedochodowa – uważa Urszula Pużanowska.

Problemem jest też, że LGD nie mogą pomagać rolnikom w pisaniu biznesplanów, z którymi ci często sobie nie radzą.

– Lokalne grupy działania same dopiero uczą się procedur – podkreśla dr Zbigniew Brodziński z Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie.