Własną działalność gospodarczą zarejestrowało już 103 tysiące ze 160 tys. lekarzy w Polsce. Liczba gabinetów rośnie z roku na rok. Dwa lata temu było ich 96 tys., a trzy lata temu 92 tys. – wynika z danych Naczelnej Izby Lekarskiej.

Dla klientów, nie pacjentów

W miejsce skostniałego państwowego systemu opieki zdrowotnej wkraczają usługi prywatne skierowane na potrzeby zapracowanego, wymagającego i majętnego klienta. Małe, jednoosobowe gabinety, które nie muszą mieć na to milionowych inwestycji. Rejestrują praktykę jako działalność w miejscu wezwania. Nie muszą inwestować w gabinet czy sprzęt, bo nie jest to wymagane.

Podpisują umowę cywilnoprawną z jednym z centrów medycznych. Ale coraz częściej przyjmują, a dokładniej wizytują pacjentów w domach. Dwa lata temu było ich 22 tys., dziś jest ich o połowę więcej. Trzeba tylko samemu opłacić ubezpieczenie zdrowotne i nie można liczyć na płatny urlop.

Własną działalność rejestrują lekarze niemal każdej specjalności. Tak działa pediatra Ewa Karczewska, z której usług korzysta kilkadziesiąt rodzin z warszawskiego Wilanowa.

Według Jacka Kozakiewicza, prezesa Izby Lekarskiej w Katowicach, powstała grupa nowych pacjentów, a raczej klientów. To ludzie pracujący w dużych firmach i korporacjach. Regularnie korzystają oni z badań, które kiedyś rzadko się wykonywało: mammografia, badania wątroby, serca, zabiegi okulistyczne czy poprawiające urodę.

Menedżerowie w depresji

O boomie na usługi zdrowotne mówią także firmy medyczne, które wykorzystując koniunkturę, otwierają coraz to nowe przedstawicielstwa m.in. w centrach handlowych. Niektóre z nich w ubiegłym roku mimo kryzysu podwoiły obroty.

Dr Anna Okońska-Nowak jest psychiatrą od pięciu lat. Najpierw pracowała w państwowym szpitalu, potem w przychodni, a obecnie można się do niej dostać już tylko prywatnie. Trzy gabinety, w których przyjmuje, znajdują się w kamienicach i biurowcach w trzech oddalonych od siebie dzielnicach Warszawy. Ale opłaca się. Za 45-minutową wizytę pobiera 120 – 150 zł. Mimo takich cen grafik ma szczelnie zapełniony już dwa tygodnie do przodu. Kobiety w depresji, menedżerowie z zespołem stresu przewlekłego, palacze usiłujący porzucić nałóg wolą zapłacić i od razu otrzymać pomoc, niż czekać miesiącami na termin w państwowej przychodni.

Wielu lekarzy otwiera swoje gabinety i zachowuje część lub cały etat państwowy w szpitalu.

Według danych Ministerstwa Zdrowia pod względem wydatków na leczenie prywatna służba zdrowia goni publiczną. NFZ na nasze leczenie wydaje 57 mld zł. Kolejne 30 mld zł Polacy wydają z własnej kieszeni.

Według ekonomistów taki szybki rozwój prywatnej służby zdrowia pokazuje skalę porażki rządu.

– Ludzie, jeśli mają wybór, wolą zapłacić prywatnie, niż płacić łapówki w szpitalu – mówi Andrzej Sadowski z Centrum im. Smitha. – Jeśli rząd nie wprowadzi reform, służbę zdrowia uzdrowią już tylko nakazy pracy dla lekarzy – dodaje.

Lekarze mogą teraz wybierać

Jan Czeczot, dyrektor Szpitala im. Orłowskiego w Warszawie

Dlaczego szpitale są dla lekarzy coraz mniej atrakcyjnym miejscem pracy?

Bo ze strony prywatnych klinik pojawiła się oferta atrakcyjniejszych zarobków. To wolny zawód, można więc wybierać: 4 tys. zł brutto dla chirurga za 7 godzin codziennej ciężkiej pracy w państwowym szpitalu czy tyle samo za jedną operację w prywatnej klinice.

Czyli rynek działa?

Nie do końca, bo dzieje się to ze szkodą dla szpitali publicznych. Lekarze, którzy często mają część etatu w szpitalu, tylko zerkają na zegarek, czy mogą już wyjść. Klient płaci, więc wymaga m.in. punktualności. Poza tym wyższe zarobki za lżejszą pracę w prywatnych klinikach powodują, że lekarze w szpitalach publicznych stawiają coraz ostrzejsze żądania płacowe.

Dlaczego szpital publiczny nie sprzedaje usług pacjentom, którzy chcą płacić?

Nie możemy sprzedawać tych samych usług, które kupuje od nas NFZ. Więc właśnie myślimy, jakby taki katalog usług odpłatnych opracować.