Jak sprawdziliśmy w poszczególnych jednostkach wojskowych, zainteresowanie służbą w Narodowych Siłach Rezerwowych (NSR) jest znikome. Co więcej, część jednostek nie podpisało jeszcze żadnego kontraktu z ochotnikami. Tak jest np. w 100. Batalionie Łączności w Wałczu (woj. zachodniopomorskie), gdzie wciąż są 203 wolne stanowiska. Podobna sytuacja jest w 15. Pułku Przeciwlotniczym w Gołdapi (woj. warmińsko-mazurskie). Tam na 150 etatów obstawione są tylko trzy.

Chętnych brakuje zarówno na wyższe stanowiska – np. lekarzy czy inżynierów – jak i na podstawowe – np. kierowców i mechaników. Część z ewentualnych kandydatów obawia się egzaminów, które musi zdać osoba ubiegająca się o służbę w NSR. Dowódcy przekonują jednak, że egzamin ze sprawności fizycznej nie jest trudny.

Mimo obietnic do końca roku nie uda się zebrać 10 tys. chętnych spośród byłych żołnierzy do służby w NSR. Dlatego planowana na przyszły rok, już teraz zostanie uruchomiona tzw. służba przygotowawcza dla osób, które wcześniej nie służyły w armii.

– W tym roku nabór będzie tylko na potrzeby korpusu szeregowych i ma trwać cztery miesiące – mówi płk Stanisław Ruman, szef Zespołu ds. Profesjonalizacji Sił Zbrojnych.

Tłumaczy, że głównie będą to 19-letni mężczyźni, którzy stawili się do kwalifikacji wojskowej i mają orzeczoną zdolność do służby wojskowej.

Takie działanie krytykują eksperci. Ich zdaniem żołnierzem NSR nie może być przypadkowa osoba.

– Zachęta powinna być kierowana do organizacji wojskowych, entuzjastów służby, armii – mówi gen. Roman Polko, były szef GROM.

Dodaje, że nawet gdy znajdą się chętni, to i tak wojsko nie będzie miało pieniędzy na ich szkolenie. Resort obrony narodowej nie planuje także zmiany przepisów, które przewidziałyby wypłacanie żołnierzowi uposażenia za pozostawanie w gotowości do służby w NSR. To zdaniem większości dowódców mogłoby spowodować, że chętnych do tej służby byłoby znacznie więcej.