Są do tego najlepiej przygotowane, a ich wiedza jest weryfikowana przez państwowy egzamin. W zamian mogły mieć gwarancję, że zmieniająca się ekipa rządząca tak szybko się ich nie pozbędzie.

W przyszłym roku, jak wynika z projektu ustawy budżetowej, ich liczba zwiększy się zaledwie o 500. To o połowę mniej niż w ciągu ostatnich trzech lat.

Urzędy bez urzędników

O liczbie urzędników mianowanych decyduje rząd, wprowadzając co roku tzw. limit mianowań. W przyszłym roku zmaleje o 50 proc. To niekonsekwencja – wskazują eksperci. W marcu 2009 weszła w życie nowa ustawa o służbie cywilnej, w której rząd wprowadził zachęty do zdawania egzaminu na urzędnika mianowanego. Od tego roku o mianowanie mogą się na jej podstawie ubiegać nie tylko osoby znające jeden z języków UE, ale także, o wiele lepiej znany, rosyjski. Więcej języków to niejedyna zachęta. Zrezygnowano ze sprawdzania predyspozycji kierowniczych. A ci, którzy odejdą z urzędu, nie stracą swojego statusu – mogą po pracy na rynku wrócić jako urzędnik mianowany do administracji. Urzędnicy otrzymali też dodatkowy urlop – do 12 dni.

Egzamin kontra limity

– Samo zwiększenie liczby języków, które można zdawać, sprawiło, że w tym roku chętnych było dwukrotnie więcej niż w poprzednich latach – zauważa Jacek Czaputowicz, dyrektor Krajowej Szkoły Administracji Publicznej (KSAP).

Jego zdaniem, w przyszłym roku będzie podobnie. Osoby, które zdawały w tym roku egzamin i te, które będą to robić w przyszłym mogą jednak przeżyć rozczarowanie. W tym roku, po raz pierwszy w historii, nie wszyscy, którzy go zdali zdobyli mianowanie. Zaliczyło go prawie 1,5 tys. osób, ale limit na ten rok został zredukowany do 1 tys. Prawie 500 osób odeszło więc z kwitkiem. Nie mają też pierwszeństwa w przyszłym roku. Muszą ponownie zdać egzamin.

– Limit powinien być zawsze wyższy od liczby kandydatów, którzy pozytywnie zaliczyli postępowanie kwalifikacyjne – ocenia prof. Mirosław Stec, były przewodniczący Rady Służby Cywilnej.

Ograniczenie limitu to niejedyna przeszkoda, która zniechęca urzędników do ubieganie się o mianowanie. Rządowe założenia do nowelizacji ustawy o służbie cywilnej przewidują zmniejszenie ich przywilejów. Dodatkowy urlop nie będzie wzrastał co roku o jeden dzień, ale co dwa lata. Niewykluczone, że dodatek służby cywilnej, który wzrasta z kolejnym stopniem mianowania, może zostać zmniejszony lub ograniczony.

Zmiany te krytycznie oceniają zarządzający urzędami. Uważają, że zniechęcą one do zdawania egzaminu ich pracowników, a przez to rotacja w urzędach będzie wyższa.

– W tym roku 9 osób zdało egzamin na urzędnika mianowanego i łącznie będzie ich 70 na 730 zatrudnionych – mówi Bogumiła Stanecka, dyrektor generalny Wielkopolskiego Urzędu Wojewódzkiego.

Podkreśla, że główną motywacją do podważania kwalifikacji i ubieganie się o mianowanie jest dodatek do pensji. Uważa, że egzamin jest trudny i jego zdanie świadczy o wysokich kompetencjach pracownika. Eksperci wskazują też, że mianowanie to nie tylko przywileje. Taki pracownik jest narażony, że może być przenoszony z urzędu do urzędu. Musi też pracować w niedziele i święta.

Na inną negatywną konsekwencję ograniczania liczby urzędników mianowanych zwraca uwagę Witold Gintowt-Dziewałtowski, członek Rady Służby Cywilnej.

– Ma to prowadzić do zwalniania osób, które są niezależne od rządu – mówi Witold Gintowt-Dziewałtowski.

Niejasne zwolnienia

O tym, że rząd nie chce rozwijać takiego korpusu, świadczy też pomysł Michała Boniego, ministra w kancelarii premiera. Przygotowana przez niego ustawa o 10 proc. redukcji zatrudnienia w urzędach nie wyłącza ze zwolnień urzędników mianowanych. Nie będą jej natomiast podlegać np. dyrektorzy, naczelnicy, audytorzy i główni księgowi. A w przypadku absolwentów KSAP koszt wyszkolenia jednego z urzędników wynosi około 100 tys. zł.