O tym, jak brak porozumienia i zrozumienia może zniszczyć pomysły na reformę lecznictwa, przekonał się zarówno ten rząd, jak i kilka poprzednich.
Publikacja: 17 czerwca 2010, 08:29 Aktualizacja: 17 czerwca 2010, 09:50
Szkoda, bo wbrew pozorom, odrzucając populistyczne gesty i slogany dwóch największych partii, ich przedstawiciele mają zbieżne pomysły na zmianę systemu lecznictwa. Zamiast więc straszyć pacjentów dziką prywatyzacją, powinni wypracować metodę wprowadzania zmian. Tym bardziej że tak naprawdę żadna ze stron konfliktu nie wyklucza konkurencji, większej roli rynku i zmian właścicielskich w szpitalach.
Zarówno PiS, jak i PO widzą konieczność przekształceń w placówkach ochrony zdrowia. Profesor Zbigniew Religa, minister zdrowia w rządzie Jarosława Kaczyńskiego, przygotował nawet projekt ustawy w tej sprawie. Zgodnie z nią szpitale miały być spółkami, ale z większościowym udziałem samorządów (75 proc.). Projekt nigdy nie wyszedł z ministerialnej szuflady, co nie znaczy, że zablokowało to tworzenie szpitali spółek. Na bazie przepisów kodeksu spółek handlowych od 1999 r. takich placówek powstało 98. Rządowy plan B, który działa od kwietnia 2009 r. (spłata przez budżet szpitalnych długów w zamian za przekształcenie), nie spowodował, że samorządy zaczęły pozbywać się udziałów w przekształconych szpitalach. Nie robią tego głównie z dwóch powodów. Po pierwsze, to na nich spoczywa obowiązek zapewnienia opieki medycznej swoim mieszkańcom. Po drugie, sprzedaż udziałów w szpitalach spółkach mogłaby grozić odebraniem im pomocy z Unii. A na to ich nie stać. Z tych pieniędzy już kupiły aparaturę medyczną, karetki pogotowia czy przeprowadziły remonty budynków. Pacjenci nawet nie muszą wiedzieć, że szpital w ich okolicy jest spółką. Wystarczy podpisany kontrakt z NFZ. Wtedy to on płaci za usługi z pieniędzy ze składek zdrowotnych.
Kolejna sprawa to wzrost nakładów publicznych na ochronę zdrowia. Obecnie na ten cel Polska wydaje niewiele ponad 4 proc. PKB, a średnia unijna to 6 – 7 proc. Obie partie proponowały już podwyższenie składki zdrowotnej. Różnica polegała na tym, że PiS chciało, żeby zrekompensować to z budżetu, PO – z kieszeni podatników. Ten pierwszy mógł sobie pozwolić na zwiększenie obciążeń budżetowych, bo działał w okresie wzrostu gospodarczego, ten drugi nie za bardzo ze względu na gwałtowny kryzys.
Podwyżka składki wydaje się jednak nieunikniona (zwłaszcza że w Polsce jest ona na stosunkowo niskim poziomie w porównaniu z innymi krajami UE), skoro chcemy być leczeni coraz nowocześniejszymi metodami i w lepszych warunkach.
1: kaki z IP: 213.25.175.* (2010-06-17 12:13)
Zgoda zwykle buduje a niezgoda rujnuje.
Czy pracodawca musi osobiście dostarczyć do ZUS zaświadczenie o przychodzie

Szpitale przestaną pokrywać koszty pobytu pacjentów, którzy nie wymagają leczenia, lecz jedynie całodobowej opieki.