– Biorę każdego, który zechce się zatrudnić. I muszę mu dać podwyżkę przynajmniej raz w roku, bo inaczej ucieknie – opowiada „DGP” dyrektor niedużej firmy budowlanej z południa Polski. Nie on jeden ma taki kłopot, bo zapotrzebowanie na fachowców jest duże, a ich samych za mało.

AcelorMittal Poland SA wraz Polskim Stowarzyszeniem Zarządzania Kadrami przebadał oczekiwania blisko tysiąca studentów uczelni technicznych. I okazuje się, że pomimo kryzysu wymagania płacowe absolwentów kierunków technicznych rosną. Co czwarty przyszły inżynier chciałby zarabiać po trzech latach pracy między 5 a 8 tys. złotych na rękę (wzrost w ciągu roku o 15 proc.). I często tyle dostaje.

Wzmożony popyt na inżynierów zapewniają rozwijająca się gospodarka i przygotowania do Euro 2012. Dlatego wchodzący na rynek inżynierowie mają poczucie, że mogą dyktować warunki. I choć ich pensje nie są niskie – jak wynika z raportu Banku Danych o Inżynierach (BDI) średnia pensja inżynierów w kwietniu tego roku wynosiła 4 tys. 900 zł brutto – zupełnie ich nie satysfakcjonują.

Ale też z szacunków Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego wynika, że w perspektywie pięciu lat największe, bo aż 50-procentowe, zapotrzebowanie na rynku pracy będzie na absolwentów kierunków technicznych. A do 2013 roku może zabraknąć nawet 50 tys. inżynierów czy informatyków.

Niedokształceni

Problem w tym, że absolwenci są niedouczeni, co zresztą sami (1/3) w badaniach przyznają. Tylko 17 proc. uważa, że może zaoferować pracodawcy swoje umiejętności praktyczne. Idą do pracy, niosąc zaangażowanie i lojalność – mówią. I choć są to cechy cenione przez pracodawców, jednak niewystarczające. Szczególnie w zawodach inżynierskich. Jedna z białostockich firm opowiada, że przed ponad pół roku szukała konstruktora i nie mogła znaleźć. – Zgłaszali się absolwenci, którzy nie umieli liczyć czy czytać rysunków technicznych – mówi jeden z pracowników firmy. Większość firm musi doszkalać pracowników. – Aby mieć dobrą kadrę, musimy organizować specjalne kursy praktyczne – mówi Anna Busławska-Gryka, dyrektor personalny z firmy Automatyka Pomiary Sterowanie SA z Białegostoku.

Absolwentom wiedza teoretyczna nie łączy się z praktyką. Studenckie staże są niewystarczające. – Pracodawcy jednego roku inwestują w jedną technologię, a już w kolejnym zmieniają profil i chcą mieć pracownika, który za tym będzie nadążał – mówi Krzysztof Pawłowski z National Louis University w Nowym Sączu.

Teoria sobie, praktyka sobie

Brak praktycznego przygotowania studentów to także wina uczelni. Jak wynika z badań Pentora na zlecenie Deloitte, ponad 60 proc. wykładowców nie wierzy w możliwość zbudowania gospodarki opartej na wiedzy. Ma to zmienić reforma nauki, która właśnie weszła w życie. Pojawiają się tu zapisy mające zaangażować pracodawców i przedsiębiorców w współtworzenie programu studiów oraz prowadzenie zajęć, a także budowę strategii oraz branie udziału przedstawicieli środowisk gospodarczych w pracach organów doradczo-opiniodawczych w szkolnictwie wyższym. Ma to zapewnić bardziej prorynkowe spojrzenie uczelni na ofertę studiów, a także lepszą współpracę z gospodarką.

Niektóre przedsiębiorstwa już teraz starają się we współpracy z uczelniami szkolić przyszłych pracowników. Jednym z przykładów jest właśnie program huty ArcelorMittal „Zainstaluj się”, w ramach którego studenci kilku uczleni technicznych mogli brać udział w różnych kursach. To jednak, jak wynika z badań, nadal za mało.