Niby-socjaliści broniący wolnego rynku i niby-liberałowie gardłujący za interwencjonizmem - oto szokujący obraz polskiej sceny politycznej, na której grana jest sztuka, gdzie aktorom role wydają się mylić wzajemnie bez opamiętania. Piszę te słowa pod wrażeniem dyskusji, która odbyła się podczas obrad sejmowej Komisji Zdrowia.

Na Komisji rząd przedstawił projekt ustawy przewidujący w dużym skrócie, że handel wierzytelnościami, których płatnikiem powinien być publiczny zakład opieki zdrowotnej odbywać się będzie mógł jedynie za zgodą starosty, który dodatkowo wskaże podmiot, któremu wierzytelność będzie mogła być sprzedana.

Przedstawiciele Ministerstwa Zdrowia przekonywali, że takie rozwiązanie jest zgodne z prawem, i że nie jest to żadne ograniczenie praw wolnego handlu. Nie wiedzieć dlaczego przekonywano, że jeśli zakład opieki zdrowotnej nie będzie zagrożony tym, że niespłacony dług zostanie sprzedany na rynku wierzytelności, to poprawi się jego gospodarka finansowa, że odtąd będzie on prowadzić bardziej racjonalną gospodarkę finansową.

Śmię twierdzić, że stanie się akurat odwrotnie. Kierownictwo publicznego zakładu opieki zdrowotnej uwolnione od wspomnianej groźby, jeszcze śmielej będzie brnęło w kolejne długi, bo przecież już nikt im niczym nie zagrozi.

W projekcie jest dużo smaczków różnego kalibru. Wśród nich wyróżnia się jednak wspomniana propozycja uprawnień dla starosty. Co poniektórym starostom proponowane rozwiązanie z pewnością bardzo się spodoba. Bo czyż wyrażanie zgody nie jest przyjemne? A to, że zgody będą udzielane na rzecz firmy, której właścicielem będzie przypadkowo przyjaciel starosty? No cóż, zdarza się! A jeśli wśród przyjaciół starosty nie będzie właściciela firmy handlującej długami, to czy taka firma nie będzie mogła powstać z inspiracji władzy samorządowej? Same przyjemności i korzyści mogą wyniknąć z tego inspirowania i zgadzania się. Dobry pomysł.

Andrzej Sośnierz