Jak wynika z opinii Urzędu dołączonej do poselskiego projektu ustawy wprowadzającej ustawy z zakresu ochrony zdrowia, owszem taka zgoda nie jest wymagana, ale pod pewnymi warunkami. I jak to w życiu bywa, diabeł tkwi w szczegółach.

Po pierwsze zgoda Unii nie będzie wymagana, jeżeli umorzenie długów publicznych placówek medycznych wobec ZUS czy urzędów skarbowych (2,7 mld zł) odbędzie się zanim jeszcze zaczną one działać jako spółki prawa handlowego.

Po drugie pomoc państwa musi być ograniczona do wysokości faktycznie poniesionych przez zakład kosztów świadczonych usług (w ramach kontraktów z Narodowym Funduszem Zdrowia).

Po trzecie musi ona dotyczyć wszystkich zakładów opieki zdrowotnej, które mają podpisane umowny z funduszem, niezależnie do ich obecnej i przyszłej formy prawnej lub statusu własnościowego. A to oznacza, że budżet powinien również dofinansować te szpitale, które już działają jako niepubliczne spółki samorządowe. Przecież one jako pierwsze poniosły trud spłaty swoich długów. Często odbywało się to kosztem redukcji i zwolnień pracowniczych.

Dlaczego rząd nie chce tego zauważyć? Reasumując – mówienie pół prawd często ociera się o zafałszowywanie stanu faktycznego. W efekcie może się okazać, że za dwa, trzy lata powtórzy się obecny dramat, jaki przeżywają polskie stocznie. Tyle tylko, że jeśli Komisja Europejska zażąda zwrotu pieniędzy od szpitali może to oznaczać nie tylko utratę miejsc pracy, ale także zdrowia.