Dzięki jego likwidacji i zaoszczędzonym pieniądzom moglibyśmy faktycznie pomóc dzieciom – zlikwidować domy dziecka, wzmocnić pracowników socjalnych czy usprawnić działanie sądów rodzinnych.

Zacznę od osobistej dygresji. Mama opowiadała mi kiedyś, że jako świeżo upieczony psycholog podjęła pracę w domu dziecka. Zrezygnowała po trzech dniach. Dlaczego? Bo dzieci tak dramatycznie potrzebowały uczuć, że wyciągały ręce do każdego. A pracownicy mieli zakaz – co zrozumiałe z punktu widzenia profesji i rotacji kadry – nawiązywania osobistych kontaktów.

To główny powód, dla którego duże domy dziecka powinny zostać zlikwidowane. Nawet najlepiej zorganizowana placówka nie jest w stanie zapewnić dziecku najważniejszego – miłości i poczucia bezpieczeństwa. Niestety, niejeden dom dziecka nie panuje też nad patologicznymi zachowaniami podopiecznych i bywa, że dzieci stają się ofiarami przemocy czy gwałtu.

Dzieci osierocone lub porzucane przez rodziców powinny jak najszybciej trafiać do adopcji (tutaj kłania się opisywana przez DGP w poniedziałek niewydolność sądów), ewentualnie do rodzinnych domów dziecka lub rodzin zastępczych. Także dlatego że ich utrzymanie w domach dziecka jest drogie.