Jednym z jego elementów miała być budząca wielkie emocje, także wewnątrz rządu, propozycja dotycząca zmian w sposobie oszczędzania i wypłaty świadczeń z OFE. Ze względu na wciąż trwający konflikt nie będzie ona jednak prezentowana. A zgłasza ją, przy poparciu ministra finansów Jacka Rostowskiego, minister pracy i polityki społecznej Jolanta Fedak. Absolutnie przeciw jest Michał Boni, minister w kancelarii premiera.

Wokół tej sprawy narosło mnóstwo nieporozumień. Część ekspertów i współtwórcy reformy emerytalnej zdają się mówić, że historia się skończyła, a teraz trzeba tylko wdrożyć to, co ustalono 10 lat temu. Minister pracy argumentuje, że systemowi trzeba się krytycznie przyjrzeć, ale też więcej pieniędzy na emeryturę przelewać – kosztem OFE – do ZUS.

W mojej ocenie mylą się i jedni, i drudzy. Ale a contrario – każdy z nich ma po trochu rację.

Grzech pierworodny

Pierwszym zgłoszonym przez Fedak pomysłem jest obniżenie składki do OFE – z 7,3 proc. pensji brutto do 3 proc. Różnica ma być księgowana na koncie emerytalnym w ZUS. Uważam, że to grzech pierworodny proponowanych zmian, który jest nie do przyjęcia.

Jego zaletą jest obniżenie o ponad 13 mld zł rocznie dotacji do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych. Nie trzeba będzie na tę kwotę emitować obligacji, co obniży o niemal 1 pkt proc. deficyt sektora finansów publicznych, który sięga 7 proc. PKB. Spadną też bieżące koszty obsługi długu. Przez taki zabieg pracujące obecnie pokolenie poniesie też niższe koszty reformy emerytalnej. Do tej pory wpłaciliśmy do OFE (od 1999 roku do 20 stycznia 2010 roku), utrzymując równocześnie system repartycyjny, gigantyczną kwotę 139,9 mld zł.

Jednak ta propozycja niesie zdecydowanie więcej zagrożeń niż zalet. Niższa składka do OFE oznacza, że więcej pieniędzy na emeryturę trafi do ZUS. Wzrosną więc jego zobowiązania w przyszłości. A wtedy sytuacja demograficzna będzie zdecydowanie gorsza. Teraz do ZUS trafia 63 proc. składki, a ma tam trafiać 85 proc. W przyszłości roszczenie wobec ZUS, który finansuje świadczenia z bieżących składek pracujących osób, będą więc wyższe, co spowoduje konieczność podnoszenia podatków lub składek. Już obecnie ZUS winien jest ubezpieczonym, tylko z tytułu zaewidencjonowanych na ich kontach składek (bez zobowiązań wynikających ze starego systemu), 1,8 bln zł. Jeśli przesuniemy składkę do ZUS, te zobowiązania będą rosnąć jeszcze szybciej.