Jak szacujemy, na podstawie dostępnych już danych GUS z okresu styczeń–październik, w ubiegłym roku urodziło się w Polsce 440 tys. dzieci. To o 25 tys. więcej niż rok wcześniej i aż o 90 tys. więcej niż w najgorszym po II wojnie światowej roku 2003 – wtedy na świat przyszło zaledwie 351 tys. dzieci. Profesor Irena Kotowska z SGH studzi optymizm.

– W ubiegłym roku tzw. wskaźnik dzietności, który wskazuje, ile dzieci rodzi średnio kobieta, wyniósł 1,39, i jest wciąż jednym z najniższych w UE – mówi Irena Kotowska.

Tłumaczy, że aby występowała tzw. zastępowalność pokoleń, czyli żeby Polaków nie ubywało, musi on wynosić 2,1.

Demografowie tłumaczą wzrost liczby urodzeń głównie tym, że decyzje o posiadaniu dzieci podejmują osoby, które wcześniej odwlekały je w czasie. Następuje więc swego rodzaju kumulacja – rodzą te osoby, które wchodzą w dorosłość, jak i starsze osoby, które wcześniej na dzieci się nie decydowały. Wzrostowi sprzyja też, że obecnie w dorosłość wchodzą lub decydują się na potomstwo liczne roczniki urodzone w latach 70. i 80. A w tym czasie rodziło się ponad 600 tys. dzieci rocznie. Poprawiła się też sytuacja na rynku pracy, rosną dochody Polaków.

– To ostatni moment na podjęcie przez rząd kroków, które ułatwią decyzje o posiadaniu potomstwa. Później nie będzie tak licznych roczników – mówi Irena Kotowska.

Wskazuje, że np. więcej dzieci rodzą matki z wyższym wykształceniem. W ubiegłym roku było ich 34 proc. A one mają ambicje zawodowe, więc trzeba ułatwić im łączenie pracy i obowiązków rodzinnych.