Z ostatniej chwiliLecą głowy w resorcie zdrowia: Premier odwołał wiceministra Włodarczyka, który odpowiadał za leki
Ponad 2,3 mln Polaków pokonuje codziennie kilkadziesiąt, a czasem nawet kilkaset kilometrów, by dojechać do pracy.
Publikacja: 4 listopada 2009, 22:23 Aktualizacja: 5 listopada 2009, 13:09
– Polska znalazła się w fazie typowej dla reformujących się gospodarek. Ludzie znajdują dobrą pracę, ale nie stać ich jeszcze na to, by kupić lub wynająć mieszkanie w jej pobliżu. Wraz z poprzednim systemem skończyło się jednak przypisanie ludzi na całe życie do jednej pracy, mieszkania czy miasta – mówi Leszek Gilejko, socjolog ekonomii. Doskonale widać to na dworcach kolejowych, gdzie codziennie o 6 – 7 rano tłumy ledwo mieszczą się do wagonów. Podobnie jest w mniejszych miejscowościach, gdzie prywatni właściciele busów specjalnie układają trasy i godziny odjazdów, by odpowiadały one ludziom dojeżdżającym do pracy. Ten trend zauważyło już wiele agencji pracy, które rekrutacje prowadzą w miejscowościach oddalonych nawet o 60 – 70 km od zakładu, który szuka pracowników.
– Mamy do czynienia z ogromnym ruchem. Niech te 2,3 mln pracowników w drodze do i z pracy spędzi dziennie po 2 godziny, to miesięcznie daje już 90 mln godzin, które mogliby przeznaczyć na życie rodzinne, rozrywkę czy samorozwój. To pokazuje, jak bardzo zależy nam na pracy i do jakich wyrzeczeń jesteśmy zdolni, by ją zatrzymać – dodaje Gilejko, który sam kilkanaście razy w miesiącu dojeżdża z Warszawy do Pułtuska, gdzie wykłada.
Co ciekawe, Polacy przestali się już nawet obawiać dojazdów z miasta na prowincję. – Kiedy powstawał u nas park technologiczno-logistyczny, jedno z pierwszych pytań zadawanych przez inwestorów brzmiało: skąd weźmiemy pracowników. Przecież u nas w mieście mieszka tylko 3,5 tys. osób, a do pracy potrzebne było ich 2,5 tys. – opowiada Andrzej Janowski, burmistrz podłódzkiego Strykowa. – Wiedzieliśmy, że musimy po nich uderzyć do największego ośrodka, czyli położonej 20 km od nas Łodzi. Kiedy dogadaliśmy się z nią i miasto wydłużyło linie autobusów 60A, 60B i 60C, nie było już problemów ze znalezieniem pracowników. Zgłosiło się ich więcej, niż było miejsc – dodaje burmistrz.
1: Zroz. z IP: 84.29.118.* (2009-11-05 14:10)
Na zachodzie jest to prawie norma.Znam takich ktorzy dojezdzaja do pracy ponad 200 km w jedna strone.A 50 km na tutejsze warunki to bardzo blisko.Wiem,ze w Angli ludzie dojezdzali do pracy w Szkocji,nawet kilkaset kilometrow,najpierw swoim autem,lub innym publicznym srodkiem a pozniej helikopterem.W Polsce ludzie musza sie dopiero z tym oswajac.
2: HL z IP: 195.205.254.* (2009-11-05 14:32)
W takim razie dlaczego w Radomiu jest 20% bezrobocie, gdy w odległej o 100 km Warszawie ciągle poszukiwani są pracownicy?
3: r z IP: 89.75.159.* (2009-11-05 18:18)
A w "Misiu" taki fakt posłużył do wyśmiewania PRL-u. I co ?
4: matka z IP: 77.253.5.* (2009-11-05 19:58)
TYLKO KOGO STAĆ NA TAKIE DOJAZDY ZAROBI 1500 A 400 WYDA NA BILET
5: Owca z IP: 217.153.187.* (2011-06-21 10:35)
A ja codziennie jeżdże z Puław do Wawy. Powód - lepsza pensja 3x. Nawet po odliczeniu dojazdów mi się opłaca.

Zdecydowaliśmy się na reformę dotyczącą wieku emerytalnego z pełną świadomością, że bierzemy za nią odpowiedzialność i za to, że nie wszyscy będą to w stanie zaakceptować - powiedział premier Donald Tusk.
Na jaką partię oddałbyś/oddałabyś głos, gdyby wybory odbywały się dzisiaj?