Badania opinii społecznej na temat zadowolenia z poziomu opieki zdrowotnej, wskazują, że prawie 2/3 Polaków nie jest zadowolonych z funkcjonowania placówek ochrony zdrowia. W krajach sąsiednich, np. w Czechach, na Słowacji czy na Węgrzech, jest znacznie lepiej. W dwóch pierwszych państwach odsetek niezadowolonych wynosi tylko 25 proc. respondentów. Nie można jednak zapomnieć, że w Czechach nakłady na ochronę zdrowia rosną systematycznie od kilku lat. W Polsce natomiast odsetek PKB przeznaczany na ochronę zdrowia jest najniższy spośród wymienionych państw.

Pacjent nie jest podmiotem

Można zaryzykować twierdzenie, że wszystkie reformy przeprowadzane przez kolejne nasze rządy, mimo że oficjalnie dokonywane w interesie pacjenta, w istocie niewiele poprawiały jego sytuację. Był on i nadal niestety jest tzw. elementem systemu ochrony zdrowia, a nie jego najważniejszym podmiotem. Czy to jednak oznacza, że powinien on otrzymać takiej jakości świadczenia, jakich się domaga, czy takie, jakie są mu obiektywnie potrzebne przy leczeniu danego schorzenia?

Odpowiedź na drugą część pytania jest twierdząca. Natomiast odpowiadając na pierwszą część pytania, trzeba powiedzieć, że obecnie nie stać państwa na spełnienie nawet tak oczywistych potrzeb w ramach bezpłatnej ochrony zdrowia.

Wynikają z tego praktyczne wnioski dotyczące systemowych rozwiązań finansowych i organizacyjnych. Nie chodzi jednak np. o uszczelnianie kolejek do lekarzy i zabiegów, lecz o ich skuteczne skracanie. Tego wymogu nie da się jednak spełnić ze względu na to, że NFZ jest monopolistą, a poza tym w systemie występuje ciągły deficyt środków finansowych.

Wiadomo przecież, że przyszły rok nie przyniesie radykalnej poprawy w tym zakresie. Można raczej oczekiwać pogorszenia standardów leczenia i dostępu do świadczeń. Oznacza to pogorszenie sytuacji pacjenta.

Zły system kontraktowania

Do tej pory nie zostało zrobione prawie nic, aby NFZ przestał być jedynym płatnikiem na rynku. A w sytuacji gdy brakuje pieniędzy, szczególnie widać wszystkie wady obecnego systemu, np. brak przejrzystych kryteriów w przyznawaniu wielkości kontraktów. Nie ma też obiektywnych sposobów porównania ilości środków przekazywanych poszczególnym oddziałom Funduszu oraz świadczeniodawcom. Ponadto, np. w zakresie zatrudnienia, NFZ żąda od szpitali spełnienia bardzo trudnych lub niemożliwych wymogów, choć wiadomo, że brakuje specjalistów. Widać to szczególnie w tym roku, a w przyszłym będzie zdecydowanie gorzej. Taka sytuacja nie może zadowalać żadnego uczestnika systemu, a przede wszystkim pacjentów, którzy są niestety najsłabszym jego uczestnikiem.

Za swoisty rodzaj patologii systemowej trzeba uznać wytaczanie oddziałom NFZ spraw sądowych o zwrot środków z tytułu tzw. nadwykonań. Z jednej strony brak jest bowiem możliwości zaspokojenia wszystkich potrzeb w zakresie udzielanych świadczeń, z drugiej zaś, nie można precyzyjnie zaplanować skali i struktury tych potrzeb. Dlatego limity świadczeń są przekraczane.