Jak poinformował w piątek przewodniczący Okręgowej Rady Lekarskiej Andrzej Włodarczyk, do prokuratury trafi zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez urzędnika Narodowego Funduszu Zdrowia. Miałoby ono polegać na przekroczeniu uprawnień i działaniu na szkodę interesu publicznego.

"Samorząd lekarski - jestem upoważniony do przedstawienia żądania - domaga się cofnięcia decyzji NFZ i wyciągnięcia konsekwencji - z odwołaniem włącznie, wobec osób, które podjęły decyzję o ukaraniu tak wysokimi karami" - powiedział Włodarczyk.

Rzeczniczka Narodowego Funduszu Zdrowia Edyta Grabowska-Woźniak przypomniała w piątek w rozmowie z PAP, że szpitale mają prawo do złożenia odwołania. "Mazowiecki oddział NFZ (który nałożył karę-PAP) spełnił swój obowiązek wynikający z kilku aktów prawnych" - podkreśliła.

Jak przekonywał Włodarczyk, ukarani zostaną pacjenci, nie zaś dyrektorzy placówek. Opinię tę podziela dyrektor samodzielnego publicznego szpitala klinicznego im. prof. Witolda Orłowskiego Jan Czeczot.

"Jeżeli NFZ nałoży karę, to znaczy, że nie zapłaci za zrealizowane świadczenia zdrowotne, a to znaczy, że szpital nie zapłaci faktur za leki i za sprzęt" - zwrócił uwagę.

Jak podkreślał, szpitale kliniczne są w wyjątkowej sytuacji finansowej. Ich zadłużenie wynika bowiem nie tylko z faktu, że leczą najciężej chorych, ale również z ustawowego braku możliwości przekazywania pieniędzy przez ich organy założycielskie (uczelnie - jednostki budżetowe) na bieżące potrzeby inwestycyjne - remontowe i techniczne.

Fundusz nałożył ponad 1 mln zł kary na szpital MSWiA, 500 tys. zł na Szpital im. Orłowskiego i 400 tys. na Szpital Czerniakowski. Wysokość kary - jak informował NFZ - zależy od kontraktu szpitala. NFZ wystosował pismo do organów założycielskich tych szpitali z "wnioskiem o wyciągnięcie konsekwencji".

Jak poinformował Czeczot, naganami ukarani zostali: dyrektor ds. medycznych, kierownik przyszpitalnej przychodni, lekarz będący przypadkiem świadkiem zdarzenia oraz rejestratorka. On sam - jak zaznaczył - oddał się do dyspozycji.

Czeczot zadeklarował, że nie ma żalu do TVN24, bo "tego typu sytuacje są elementem kontroli pokazującym nieścisłości systemu".

Zaznaczył jednak, że jego zdaniem świadomie wybrano wersję, iż pacjent nie zgłosił się - tak jak powinien - na izbę przyjęć, ale do rejestracji, gdzie trafiają jedynie osoby ze skierowaniem lub umówioną wizytą. "Izba przyjęć jest naprawdę bardzo dobrze przygotowana" - podkreślał. "Zostaliśmy, powiem po sportowemu, +złapani na aucie+ w rejestracji" - dodał.

Dyrektor wskazał także, zastrzegając iż nie jest to forma usprawiedliwiania się, że "nikt nie próbował pokazać co dzieje się w takich przypadkach w niepublicznych placówkach".

Dziennikarz TVN24 udawał turystę, który wrócił z Hiszpanii z objawami choroby. W szpitalu MSWiA lekarze kazali mu jechać do szpitala zakaźnego na ul. Wolską. Nie przyjęto go też w Szpitalu im. Orłowskiego i w Czerniakowskim.

Jak powiedział PAP w czwartek rzecznik Głównego Inspektoratu Sanitarnego Jan Bondar, zgodnie z instrukcją dla szpitali i lekarzy, lekarz podstawowej opieki zdrowotnej (bądź izby przyjęć), po przeprowadzeniu wywiadu epidemiologicznego i klinicznego, w przypadku podejrzenia u pacjenta choroby zakaźnej, kieruje go do najbliższego szpitala zakaźnego.


Kieruje go do szpitala także wtedy, gdy dany pacjent przebywał przez co najmniej siedem dni w kraju, w którym występuje epidemia choroby zakaźnej. Pacjent może tam dotrzeć środkami transportu publicznego.