Według najnowszej prognozy inflacyjnej, NBP skutki obecnego spowolnienia gospodarczego będą widoczne na rynku pracy co najmniej do końca 2011 r. Stopa bezrobocia, szacowana według wskaźników BAEL, wzrośnie najpierw do 9,7 proc w roku bieżącym. A w kolejnych latach osiągnie 12,4 proc. i aż 13,2 proc. w 2011 roku.

W ciągu tych trzech lat wskaźnik aktywności zawodowej Polaków wrośnie zaledwie o 0,5 proc. Jednocześnie na rynku pracy pojawi się o 266 tys. więcej rąk do pracy, niż jest ich obecnie – wynika z danych demograficznych GUS.

Pesymistyczna prognoza NBP dotycząca wzrostu bezrobocia została przygotowana w oparciu o wiele zmiennych. Uwzględnia ona m.in. koniunkturę na rynkach światowych oraz rynku wewnętrznym, założenia rządu dotyczące wysokości podatków oraz obowiązkowych składek ubezpieczeniowych, zasiłków dla bezrobotnych i płac minimalnych, a także prognozę demograficzną dla Polski na lata 2009–2011.

Wskaźniki te łącznie jednoznacznie wskazują na spadek popytu i wzrost podaży na pracę.

– W najbliższych latach na rynek pracy wejdą pokolenia wyżu demograficznego. Spadnie też liczba wyjazdów zarobkowych. Tymczasem, z powodu osłabienia popytu, firmy nie będą znajdywać wystarczająco wielu chętnych na swoje towary i usługi, więc popyt na pracę spadnie – mówi Katarzyna Budnik, dyrektor w Instytucie Ekonomicznym NBP.

Na tym nie koniec jednak złych informacji. Wydźwignięcie się z kryzysu może potrwać z powodu tego, że firmy obecnie obniżają inwestycje.

– W 2004 roku obserwowaliśmy już wyraźne ożywienie gospodarcze, a mimo to firmy zatrudniały bardzo ostrożnie – przypomina Katarzyna Budnik.

Teraz może być podobnie. Nawet jeśli nastąpi poprawa koniunktury, to i tak upłynie wiele miesięcy, zanim pracodawcy odbudują swoje parki maszynowe, oraz utworzą nowe miejsca pracy. O wznowieniu zatrudnienia zadecyduje więc nie tylko ożywienie gospodarcze, ale i kondycja kapitałowa firm. Należy się spodziewać, że banki szybko nie wznowią akcji kredytowej dla przedsiębiorstw. Pracodawcy będą musieli głównie liczyć na swoje siły.

OPINIA

MACIEJ BUKOWSKI

szef Instytutu Badań Strukturalnych

Przewidujemy podobnie jak NBP, że w szczycie kryzysu bezrobocie rejestrowane w Polsce wzrośnie do 12–13 proc., po czym zacznie bardzo powoli spadać. Problemem naszej gospodarki jest duża awersja firm do inwestowania i widoczna nieelastyczność wynagrodzeń. W rezultacie spadek bezrobocia po ustąpieniu kryzysu będzie powolny i poniżej 10 proc. zejdziemy nie wcześniej niż w roku 2015, o ile nie pojawią się bardzo pozytywne impulsy bądź ze strony koniunktury światowej, bądź polityki gospodarczej, które skłonią firmy do śmielszego inwestowania, niż mają to w zwyczaju. Dodatkowo na taki rozwój sytuacji nałożą się inne niekorzystne procesy, wśród których najważniejszym jest to, że po 2012 roku z rynku pracy w wyniku zmian demograficznych zacznie szybko ubywać pracowników, co będzie miało bezpośrednie przełożenie na spadek dynamiki wzrostu PKB. Procesom tym można przeciwdziałać poprzez kontynuację reform emerytalnych i edukacyjnych – wymaga to jednak odwagi w działaniu (z czym często mamy problemy – czego dowodem są zmienne losy reform strukturalnych w przeszłości).