Na ogłoszony przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego (MNiSW) konkurs pozwalający pozyskać środki unijne na tzw. kierunki zamawiane (czyli kształcące w zawodach o strategicznym znaczeniu dla gospodarki i rynku pracy) napłynęło 170 projektów z całej Polski. Tylko 59 spośród nich dostało pozytywne oceny. Reszta wniosków – tj. ponad 100 – nie przekroczyła wymagalnej liczby punktów i została odrzucona.

Szansę na dotacje pogrzebały m.in niektóre renomowane szkoły publiczne w kraju. Największym przegranym konkursu jest Politechnika Warszawska, która na dziewięć wniosków nie otrzymała od ekspertów ani jednej pozytywnej oceny. Również osiem negatywnych opinii zebrały projekty Politechniki Łódzkiej. Słabo wypadły też Uniwersytet Łódzki oraz Uniwersytet Wrocławski.

– W odrzuconych projektach z reguły brakowało szczegółowego opisu związku z realizacją polityk konkretnego funduszu unijnego. W konkursach finansowanych np. z Europejskiego Funduszu Społecznego, jak miało to miejsce w tym przypadku, należy m.in. wykazać, że cele danego projektu są zgodne z programem Kapitał Ludzki oraz że projekt jest zgodny z zasadą równości szans. Tego często w dokumentacji brakowało lub było ujmowane zbyt lakonicznie – informuje Leszek Grabarczyk, dyrektor Departamentu Wdrożeń i Innowacji w MNiSW, nadzorujący przebieg konkursu.

Przyznaje, że kluczem do sukcesu mogła być ekipa przygotowująca projekt.

– Procedury programu Kapitał Ludzki przewidują m.in., że nawet jeśli tylko w jednej kategorii projekt nie osiągnął minimalnego pułapu 60 proc. punktów, to i tak cały wniosek otrzymywał ocenę negatywną, nawet gdy w innych fragmentach był bardzo dobry. Przy tak postawionej poprzeczce należało dochować szczególnej staranności przy pisaniu aplikacji – przyznaje Leszek Grabarczyk.

Tymczasem większość szkół publicznych zleciła pisanie unijnych wniosków powołanym ad hoc swoim pracownikom dydaktycznym. Większość z nich to amatorzy.

– Państwowe uczelnie nie korzystają z usług firm doradczych i ryzykują utratę czasem nawet kilkuset tysięcy złotych dotacji, bo uważają, że eksperci od pozyskiwania funduszy są dla nich za drodzy – mówi Tymoteusz Aleksandrowicz, szef krakowskiej firmy doradczej Aleksandrowicz Consulting.

W jego praktyce zawodowej nigdy nie zdarzył się przypadek zlecenia od uczelni państwowej.

Podobne doświadczenia ma też Krzysztof Bawarski, właściciel firmy doradczej Verso Konsulting z Konina. Tylko raz pracował dla uczelni wyższej, ale niepublicznej.

– Uczelnie prywatne mają większą swobodę niż szkoły państwowe przy zatrudnianiu ekspertów zewnętrznych. Te ostatnie zwykle delegują do pisania aplikacji kogoś, kto nie wie, jak napisać wniosek w sposób merytoryczny i ciekawy, za to wykonuje pracę nieodpłatnie lub za małe pieniądze – ocenia Krzysztof Bawarski.

Opłaty za napisanie projektu faktycznie nie są w firmach małe. Zwykle uczelnia musi uiścić kwotę wstępną w wysokości 4–5 tys. zł oraz liczyć się z wypłatą premii w wysokości od 1 do 7 proc. wartości kontraktu – ale tylko w przypadku otrzymania dotacji. Doradcy nie dają żadnych gwarancji na zdobycie pieniędzy, ale zapewniają poprawność i wysoką jakość przygotowanej dokumentacji oraz pomagają uczelniom w sposób skuteczny zaskarżać wyniki negatywne.

– Uczelnie publiczne muszą nauczyć się samodzielnie pozyskiwać środki finansowe na rozwój oraz współpracować na szerszą skalę z biznesem, inaczej przegrają bitwę o studentów ze szkołami prywatnymi. Kierunki zamawiane będą w tej rozgrywce kluczowym wyznacznikiem marki uczelni – zwraca uwagę Jakub Jański z firmy Universum Polska.

463 uczelni publicznych i prywatnych działa w Polsce