Niektórzy łowcy głów mówią o swoim zawodzie, że jest to skrzyżowanie biura matrymonialnego z pośredniakiem. Za takie porównanie nie jeden headhunter bardzo by się obraził. Większość doradców ds. rekrutacji zajmujących się wyszukiwaniem kandydatów o rzadkich, wysokich kwalifikacjach zawodowych uważa, że świadczy usługi z najwyższej półki, wymagające profesjonalizmu i przygotowania.

– To nie jest profesja dla młodych ludzi, którzy dopiero rozpoczynają życie zawodowe – zaznacza Krzysztof Nowakowski, szef polskiego oddziału agencji Korn Ferry International. Tłumaczy, że w pracy headhuntera na równi z poufnością liczy się doświadczenie.

– Wielu headhunterów zaczyna karierę w wieku 40 lat. W naszej firmie najmilej widziane są osoby, które wcześniej zrobiły kariery w biznesie – informuje Krzysztof Nowakowski. Podkreśla, że bardziej od kontaktów w jego branży liczy się trafne zrozumienie oczekiwań klienta.

– Chodzi o to, by podczas rozmowy z klientem, który poszukuje np. kandydata na prezesa banku, konsultant firmy rekrutacyjnej był partnerem w dyskusji – wyjaśnia szef polskiego Korn Ferry.

Podobnego zdania jest Anna Piotrowska-Banasik, konsultantka w firmie Antal International. W jej zespole są psychologowie, socjolodzy, ekonomiści i finansiści. Dyplom uczelni gra rolę drugoplanową.

– Kluczowe jest szybkie nawiązywanie kontaktów z ludźmi, profesjonalizm oraz wysoki poziom inteligencji i intuicji – wylicza Anna Piotrowska-Banasik.

Krzysztof Nowakowski nie ukrywa, że praca ta łączy się również z wysokim stresem i frustracją po stronie rekrutujących. Klienci stawiają im różne, czasami bardzo trudne do spełnienia wymagania odnośnie do kandydatów.

Ryzyko podejmowania takich wyzwań jest duże, ale opłacalne. Poza pensją konsultanci otrzymują prowizję. Jest to od 30 do 50 proc. rocznej pensji przejętego kandydata. W przypadku najwyższej kadry jednorazowe premie sięgają 60 tys. zł i wzwyż. Zarobki researcherów (poszukują danych o kandydatach i kontaktują ich z konsulatami) są dużo niższe, wynoszą: 1,5–2,2 tys. zł netto.