■ Co by pan doradził nowemu rządowi i ministrowi zdrowia, aby wybrnąć z trudnej sytuacji finansowej służby zdrowia?

- Rząd będzie musiał zająć się niezałatwionymi od lat finansowymi problemami służby zdrowia, choć tak naprawdę niewiele w tej kwestii może zrobić. Dawno już przestał bowiem być pracodawcą dla większości placówek służby zdrowia. Może decydować tylko o zarobkach w instytutach naukowo-badawczych i bazach klinicznych, takich jak np. Instytut Hematoligii czy Szpital Matki Polki. Dla innych jednostek pracodawcami są samorząd terytorialny i rektorzy akademii medycznych. Dla szpitali powiatowych organem założycielskim jest starosta, dla szpitali wojewódzkich - marszałek województwa. Minister nie ma też pieniędzy, którymi dysponuje Narodowy Fundusz Zdrowia.

■ Nadzór specjalistyczny należy jednak do Ministerstwa Zdrowia, minister wyznacza też strategię dla służby zdrowia.

- Niestety i tutaj z tym wpływem jest nie najlepiej, nie mówiąc o tym, że żadna taka strategia nie istnieje. Poza wspomnianym już nadzorem specjalistycznym, zadaniami z zakresu zdrowia publicznego, badaniami i kształceniem podyplomowym kadr medycznych, minister zdrowia odgrywa rolę regulacyjną. Może mieć wpływ na system poprzez projekty ustaw i rozporządzeń, ale w ramach legitymacji. Jeśli chodzi o środki finansowe, to minister ma w swej gestii ok. 4 mld zł z budżetu, a 1,5 mld ma samorząd. Środkami ze składki zdrowotnej - 48 mld zł - dysponuje NFZ.

■ To może warto zdecentralizować NFZ, tak jak zakładała minister Anna Knysok?

- Minister Knysok nie musiała niczego decentralizować. Wdrażała po prostu system finansowania świadczeń ze środków publicznych działający poprzez 16 regionalnych kas chorych i jednej kasy dla służb mundurowych. Już wówczas istniała świadomość, że odpowiedniej jakości usług medycznych nie osiągnie się bez konkurencji zarówno na rynku świadczeniodawców jak i płatników. Jeśli mówi się o więcej niż jednym funduszu publicznym, to mamy na myśli sytuację, w której praca płatnika publicznego będzie stymulowana konkurencją, czyli naciskiem ze strony innych funduszy. Ubezpieczony miałby w takim przypadku możliwość wyboru i zmiany funduszu. Jeżeli wiele osób niezadowolonych zmieni fundusz, to on może nie utrzymać się na rynku po prostu z braku środków finansowych.

■ Ale czy warto wracać do starej idei?

- W tej chwili administracja NFZ kosztuje 1,8 proc. jego budżetu. Gdyby podzielić obecny fundusz na powiedzmy pięć, siedem odrębnych funduszy, to w ramach tych pieniędzy będą musiały one świadczyć te same usługi co do tej pory, a dodatkowo ponosić jeszcze koszty walki konkurencyjnej, np. wydatki na marketing swych usług. Podzielimy zatem pieniądze, uważane i tak za niewystarczające, i 15 proc. z nich wydamy na koszty konkurencji. Oznacza to, że o tyle zmniejszymy środki na zakup świadczeń. Można wątpić, czy oczekiwana wyższa efektywność wykorzystania środków na konkurencyjnym rynku płatników skompensuje tę stratę.

■ Jaki jest zatem pana pomysł na uzdrowienie finansów służby zdrowia?

- Musi działać prawdziwa konkurencja na rynku świadczeniodawców oraz ubezpieczenia uzupełniające. Dobrowolne ubezpieczenie uzupełniające obejmować powinno przede wszystkim te ryzyka, które nie są objęte ubezpieczeniem podstawowym, np. chirurgia plastyczna, ubezpieczenie sportowców, różnych grup zawodowych itd. Może ono być zakontraktowane w sektorze niepublicznym. Gdyby ubezpieczeniem uzupełniającym objąć też niektóre procedury należne ubezpieczonemu w ramach ubezpieczenia powszechnego (publicznego), to można byłoby pokrywać w ten sposób np. 30 proc. kosztu, pozostałe 70 proc. nadal opłacane byłoby przez płatnika publicznego (NFZ). To odciążyłoby system publiczny i realnie poprawiło dostęp do świadczeń zdrowotnych.

■ To wtedy przydałyby się ulgi podatkowe na leczenie.

- Tak. I to byłaby zasadnicza zachęta dla tych, którzy chcą i mogą zaangażować swoje środki prywatne, aby mieć dostęp do lepszej jakościowo opieki zdrowotnej! Mogą to być zarówno środki gospodarstw domowych, jak i pracodawców. Niezbędna przy tym byłaby ocena, jak kosztowna dla budżetu państwa powinna być taka ulga. Druga sprawa - świadczeniodawca, który uzyskuje dodatkowe pieniądze, dba o coraz lepsze wyposażenie, więcej wymaga od personelu, poprawia technologię, a to służy zarówno pacjentom z prywatnym ubezpieczeniem uzupełniającym, jak i tym z ubezpieczeniem podstawowym. Podobnie jest w liniach lotniczych z business class, która zarabia w dużej mierze na jakość i obniżenie cen biletów w klasie podstawowej, czyli tej dla przeciętnego pasażera. Zarabia się w ten sposób potrójnie.

Rozmawiała Katarzyna Żaczkiewicz