• O mianowanie ubiegało się tylko 718 pracowników służby cywilnej, mimo że mogło je uzyskać 3 tys. osób
  • Eksperci alarmują, że kryteria umożliwiające zdanie egzaminu na urzędnika są zbyt wysokie
  • Łatwiej jest zostać członkiem Państwowego Zasobu Kadrowego niż urzędnikiem

Do tegorocznego postępowania kwalifikacyjnego na urzędnika mianowanego przystąpiło jedynie 718 osób, czyli pięć razy mniej niż w ubiegłym roku, mimo że zgodnie z ustawą budżetową na mianowanie w tym roku mogły liczyć nawet 3 tys. osób. Egzamin zdało 159 osób, czyli tylko 22 proc. kandydatów. Według ekspertów od trudnego egzaminu odstraszają zbyt niskie wynagrodzenia w administracji, zmiany zasad funkcjonowania służby cywilnej oraz pozbawienie urzędników mianowanych monopolu do obsadzania wysokich stanowisk. Jeśli zainteresowanie służbą cywilną nie poprawi się, będzie ona stopniowo tracić swoje znaczenie. Raport o tegorocznym postępowaniu kwalifikacyjnym trafił już do Rady Służby Publicznej.

Wysokie wymagania

Egzamin na urzędnika składa się z trzech części: sprawdzianu wiedzy, umiejętności oraz predyspozycji kierowniczych. Aby go zdać, z każdej z nich trzeba zdobyć co najmniej 60 proc. punktów i uzyskać razem więcej niż 60 proc. wszystkich możliwych punktów.

- To są bardzo wysokie wymagania - uważa prof. Józefina Hrynkiewicz, dyrektor Krajowej Szkoły Administracji Publicznej (KSAP), która odpowiada za przeprowadzenie egzaminu. Jednak to nie KSAP je ustala. Zostały one zawarte w ustawie z 24 sierpnia 2006 r. o służbie cywilnej (Dz.U. nr 170, poz. 1218).

W poprzednim roku obowiązywały inne zasady. Wystarczyło uzyskać minimum 120 z 200 punktów, czyli 60 proc. Nie wymagano uzyskania bardzo dobrych wyników z każdej części egzaminu. KSAP wyliczyła, że gdyby w tym roku też zastosowano te kryteria, zdałoby 76 proc. kandydatów.

Profesor Mirosław Stec z Uniwersytetu Jagiellońskiego, były przewodniczący Rady Służby Cywilnej, twierdzi, że tak wyśrubowane wymagania przekreślają sens organizowania egzaminu. Jego zdaniem można wymagać zdobycia co najmniej połowy punktów z każdego sprawdzianu oraz 60 proc. ze wszystkich razem.

Z kolei Jakub Skiba, dyrektor generalny Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, uważa, że zdało tyle osób, ile powinno.

- Egzamin powinien być sitem, które przepuszcza do służby cywilnej tylko najlepszych. Dzięki temu powstanie naprawdę elitarny korpus urzędników. W ubiegłych latach za dużo osób uzyskiwało mianowanie. Jednak poprzednie rządy stawiały na ilość, a nie jakość. Tylko mianowani mogli bowiem ubiegać się o wysokie stanowiska - podkreśla.

Od ubiegłego roku jednak kierownicze stanowiska są zarezerwowane dla członków Państwowego Zasobu Kadrowego.

Zdaniem prof. Mirosława Steca poprzednia forma egzaminu pozwalała wyłuskać najlepszych urzędników, a obecna tylko wyjątkowo uzdolnionych.

Egzamin do PZK łatwiejszy

Z analizy wyników przeprowadzonych przez KSAP tegoroczni kandydaci byli lepiej przygotowani od tych zdających w poprzednich latach. Większość z nich zdałaby egzamin do PZK, ponieważ obowiązują na nim też wysokie, ale łagodniejsze kryteria.

Aby zdać egzamin na członka PZK, wystarczy zdobyć co najmniej 33 proc. punktów z trzech testów: predyspozycji kierowniczych, z języka obcego oraz testu umiejętności, oraz uzyskać co najmniej 60 proc. punktów z wszystkich możliwych. Do tej pory KSAP zorganizowała dwa egzaminy. Przystąpiły do nich 173 osoby, zdało 101, czyli 58 proc.

Profesor Mirosław Stec uważa, że każdy, kto będzie chciał zrobić karierę w administracji, wybierze ten egzamin, ponieważ jest łatwiejszy, a daje podobne uprawnienia. Od 23 lipca urzędnicy mianowani stają się automatycznie członkami PZK i mogą być powoływani na wysokie stanowiska. Do tego czasu członkami byli tylko ci, którzy posiadali pięcioletni staż pracy. Jakub Skiba zauważa jednak, że urzędnik poza możliwością awansowania zyskuje także dodatek służby cywilnej i stabilność zatrudnienia. Jeśli szef urzędu odwoła urzędnika mianowanego z kierowniczego stanowiska, może on wrócić na poprzednio zajmowane stanowisko.

Za mało chętnych

Klęską tegorocznego postępowania kwalifikacyjnego jest jednak niska frekwencja. Jakub Skiba małą liczbę zdających uznał za porażkę służby publicznej. Jego zdaniem od egzaminu odstraszają zbyt niskie wynagrodzenia w administracji.

Profesor Józefina Hrynkiewicz winą obarcza media.

- Z powszechnej wrzawy medialnej wynikało, że zlikwidowano w Polsce służbę publiczną. A skoro czegoś nie ma, to przecież nie ma sensu wkładać wiele wysiłku i przystępować do trudnego egzaminu - mówi prof. Hrynkiewicz.

Według profesora Mirosława Steca niska frekwencja wynika z braku stabilizacji w systemie służby cywilnej oraz braku możliwości ubiegania się o wysokie stanowiska.

Do 31 maja 2007 r., czyli do ostatecznego terminu przesyłania zgłoszeń do postępowania kwalifikacyjnego, członkami PZK stawali się tylko ci, którzy mieli pięcioletni staż pracy. Korzystniejsze przepisy zaczęły obowiązywać dopiero dwa tygodnie temu.

Członkowie Rady Służby Publicznej twierdzą, że jest za wcześnie na jednoznaczne opinie. Profesor Krzysztof Kiciński, przewodniczący rady, mówi, że najpierw musi przeanalizować wyniki i porównać je z poprzednimi latami. Rada wyda opinię dopiero pod koniec sierpnia.

JOLANTA GÓRA

jolanta.gora@infor.pl

OPINIA

WITOLD GINTOWT-DZIEWAŁTOWSKI

członek Rady Służby Publicznej

Nie byliśmy obserwatorami postępowania, dlatego trudno jest je ocenić, zwłaszcza zastosowane kryteria. Sprawa jednak ma kardynalne znacznie dla przyszłości administracji. Zanim jednak zacznie się zmieniać kryteria, trzeba zrobić wszystko, żeby podnieść rangę egzaminu i zwiększyć zainteresowanie służbą publiczną. Pracownicy administracji muszą uwierzyć, że służba publiczna jest apolityczna i warto być urzędnikiem. Pamiętajmy też, że zarobki w administracji są relatywnie niskie w porównaniu z zarobkami w sektorze prywatnym. Jeśli chcemy, by trafiali do niej najlepsi, którzy będą w sposób optymalny kierowali poszczególnymi fragmentami życia państwa, to musimy zaproponować im godziwe wynagrodzenie. Dopiero potem można zastanawiać się nad zmianą kryteriów.