■ Czy jest pan bratem Marka Legutki, dyrektora Centralnej Komisji Egzaminacyjnej?

- Kiedy obejmowałem urząd, pojawiło się przekonanie, że rodzina Legutków zapanowała nad edukacją. Zapewniam jednak, że nie jesteśmy spokrewnieni. Pana Marka Legutkę spotkałem po raz pierwszy jako minister edukacji.

■ Objął pan urząd w trudnym momencie, tuż przed wyborami. Może lepiej było odmówić?

- Z pewnością łatwiej byłoby powiedzieć nie i działać nadal tylko w Senacie. Od polityka wymaga się jednak dyscypliny i odpowiedzialności. Wokół oświaty zaczęła tworzyć się fatalna atmosfera. Uważam, że trzeba ją zmienić, nawiązać więzi z różnymi środowiskami.

■ Od wielu miesięcy mówi się o konieczności obniżenia wieku szkolnego.

- To dobry pomysł. Dzieci powinny zaczynać szkołę w wieku sześciu lat, ale ich edukacja nadal powinna trwać 12 lat. Nie należy wydłużać nauki w szkołach ponadgimnazjalnych o kolejny rok.

■ Dlaczego?

- Obecnie ostatnie klasy liceum dotknęła swoista schizofrenia. Uczęszczająca do nich młodzież to ciągle dzieci będące na utrzymaniu rodziców, a z drugiej osoby pełnoletnie, mające dowód osobisty. Nie życzą sobie, aby rodzice znali oceny, chcą, żeby szkoła zorganizowała im tzw. palarnię. Jeśli do pierwszej klasy pójdą sześciolatki, to w ostatniej klasie liceum będą mieli siedemnaście lat. Dzięki temu szkoła będzie miała mniej problemów.

■ Eksperci twierdzą, że z powodu braku przedszkoli wdrożenie tego pomysłu może być trudne.

- Na pewno brakuje ośrodków przedszkolnych. Dlatego ten - moim zdaniem - dobry pomysł jest trudny do wdrożenia i w tym momencie nie można powiedzieć, kiedy zacznie być realizowany.

■ Wspomniał pan o kłopotach z uczniami. Wielu rodziców twierdzi, że nauczyciele wolą nie widzieć problemów, np. z alkoholem.

- Rzeczywiście potwierdza się opinia, że nauczyciele nie reagują na picie alkoholu przez młodzież. Wynika to z różnych względów. Po pierwsze, nie chcą kłopotów, bo każda ich reakcja niesie za sobą kontrreakcję. Problem wymierzenia kary jest niezwykle sformalizowany. Wymusza określone postępowania zgodnie z procedurami, sporządzeniem notatki itd. Po drugie, boją się reakcji uczniów.

■ Czy ministerstwo będzie walczyć z bezradnością nauczycieli?

- Ministerstwo nie może dużo zrobić. Odgórne sterowanie nie rozwiąże problemu. Jeśli wzmocnimy rolę nauczyciela, spotkamy się z zarzutem odebrania podmiotowości uczniom. Brak reakcji z naszej strony traktuje się zaś jak ubezwłasnowolnienie nauczycieli. Jednak chcę wzmocnić rolę wychowawczą nauczyciela i ograniczyć rolę legalizmu, który jest zmorą dzisiejszych szkół. Nie jestem cudotwórcą i nie zmienię z dnia na dzień postaw nauczycieli.

■ Może potrzebne są dodatkowe szkolenia dla nauczycieli, np. z psychologii.

- To jest dobry sposób, ale na wydawanie pieniędzy. Nie spotkałem jeszcze osoby, która pozbyłaby się problemów, uczęszczając na kursy pedagogiczno-psychologiczne. Tutaj potrzebna jest współpraca rodziców i szkoły. Jeśli rodzice odpuszczają sobie wychowanie dziecka, to nie ma siły, która pozwoliłaby szkole nadrobić braki. Kto nie nauczy się w domu jeść nożem i widelcem, nie opanuje tej sztuki w szkole. Co do zasady państwo nie może wyręczać rodziców.

■ Współpracę pomiędzy szkołą a rodzicami miały wzmocnić rady rodziców.

- Z radami rodziców jest jak z parlamentem. Musi istnieć, ale nie musi tworzyć dobrego prawa. Fakt wybrania rad rodziców nie oznacza, że będą one działać dla dobra szkoły i dzieci. Wszystko zależy od ludzi, które je utworzą.

■ Czy religię będzie można zdawać na maturze.

- Nie wiem. Najpierw musi zostać rozstrzygnięta sprawa z wliczaniem oceny z religii do średniej. Finalną decyzję podejmie Trybunał Konstytucyjny.

■ Zmieni się więc tylko formuła ustnego egzaminu z języka polskiego. Podobno nie będzie już prezentacji?

- Prezentacja to humbug i sprzyja oszustwom. Maturzyści kupują prezentacje, zamiast przygotowywać je samodzielnie. Dlatego egzamin będzie sprawdzał znajomość lektur, umiejętność wysławiania się, formułowania argumentów, bronienia tez.

■ Mimo że od lat mówi się, że Karta Nauczyciela to przestarzały dokument, MEN nawet nie przymierzył się do jego zmiany.

- Karta Nauczyciela to problem polityczny, którego w tym momencie nie powinienem dotykać. Aby zrobić coś z ustawą regulującą pragmatykę nauczycieli, muszą zostać spełnione trzy warunki: stabilna większość w parlamencie, względny polityczny spokój, zgoda na wprowadzenie zmian ze strony środowiska nauczycielskiego. W tym momencie jesteśmy na antypodach takiej sytuacji.

■ Nic nie robicie także, aby zmienić zasady awansu zawodowego nauczycieli. Obecnie nauczyciel osiąga najwyższy stopień i spoczywa na laurach.

- Ma pani absolutną rację. System awansu zawodowego nie wpływa na efektywność pracy, działa wręcz demotywująco. Nawet osiągnięcie najwyższego stopnia nie zwiększa motywacji do pracy. Tymczasem w tej chwili 80 proc. nauczycieli stanowią pracownicy mianowani lub dyplomowani. Dlatego system musi być zrewidowany. Ostatnio pojawiła się propozycja dodania jeszcze jednego szczebla, korzystniejszego finansowo, ale trudnego do przeskoczenia. Osiągnięcie go nie polegałoby tylko na zbieraniu dokumentacji.

■ Jak byliby oceniani nauczyciele?

- Sprawdzane byłyby efekty ich pracy, konkretne osiągnięcia, na przykład liczba uczniów na studiach, olimpijczyków, uczniów słabszych, którzy poprawili swoje wyniki.

■ Może ankiety wśród uczniów? Oni potrafią już docenić dobrego nauczyciela.

- Być może, ale tylko jako dodatkowy, pomocniczy element. Podobnie zresztą jest na uczelniach. Studenci biorą udział w ocenianiu swoich wykładowców. Pamiętajmy jednak, że nie ma żadnych konkretnych propozycji zmian. Wszelkie prace mają na razie charakter studyjny. Musimy poczekać na wynik wyborów.

Rozmawiała Jolanta Góra

■ Ryszard Legutko

profesor filozofii społecznej, wykładowca Uniwersytetu Jagiellońskiego, współtwórca Ośrodka Myśli Politycznej. Od 2005 roku senator i wicemarszałek Senatu, od sierpnia 2007 r. minister edukacji