Projekt ustawy ukazał się w piątek na stronach Rządowego Centrum Legislacji. Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej zapowiadało już w kwietniu, w trakcie protestu osób niepełnosprawnych, stworzenie funduszu, który finansowo wspomogą przede wszystkim najbogatsi Polacy (z rocznymi dochodami powyżej 1 mln zł).

Znalazły się pieniądze

Na przychody funduszu, czyli ok. 1,8 mld zł rocznie, złożą się głównie danina solidarnościowa (1,15 mld zł) oraz obowiązkowe składki, o które pomniejszana będzie pensja pracowników. Nie będzie to nowy odpis od wynagrodzenia, inaczej tylko zostaną rozdysponowane środki, które już dziś pomniejszają nasze pensje. Projektodawcy chcą zmniejszyć wysokość składek na Fundusz Pracy z 2,45 proc. do 2,3 proc. podstawy wymiaru składek na ubezpieczenie emerytalne i rentowe, aby pozostałe 0,15 proc. (ok. 650 mln zł) przekazać na pomoc niepełnosprawnym. W 2019 r. rozdysponowaniem pieniędzy pomiędzy dwa fundusze zajmie się Zakład Ubezpieczeń Społecznych. Od 2020 r. to pracodawcy będą odpowiedzialni za prawidłowe wpłaty. Na konto nowego funduszu trafią też dotacje budżetowe i środki unijne.

Na szczytne cele

Fundusz będzie finansował zadania „z zakresu wsparcia społecznego i zawodowego osób niepełnosprawnych”. Będą je realizować jednostki samorządu terytorialnego i te niezaliczane do sektora finansów publicznych (art. 14). Minister rodziny, pracy i polityki społecznej jako dysponent pieniędzy ma opracować roczny plan wsparcia osób niepełnosprawnych i pu blikować go w Biuletynie Informacji Publicznej. Chętni do zrealizowania określonych w nim zadań uczestniczyć będą w „otwartym konkursie ofert” albo odbędzie się „nabór wniosków”.

Zapłacą najbogatsi

Potwierdziło się, że tzw. danina solidarnościowa dotyczyć będzie najbogatszych – będzie ona wynosić 4 proc. od kwot powyżej miliona zł dochodu rocznie. Milionerzy zapłacą ją po raz pierwszy w 2020 r., kiedy będą się rozliczać z dochodów uzyskanych w 2019 r. Arkadiusz Łagowski, doradca podatkowy w Grant Thornton, zwraca uwagę, że nowa danina nie jest tylko „trzecim progiem podatkowym”. Zakres obciążenia będzie szerszy i obejmie także m.in. dochody kapitałowe. – Kwota, którą chce w ten sposób pozyskać rząd, jest relatywnie niewielka, a więc chodzi nie tyle o kwestie fiskalne, ile o wypełnienie obietnic politycznych – mówi ekspert. Zwraca uwagę, że może się ona okazać groźnym eksperymentem, bo przy podobnych kryzysach politycznych możemy być świadkiem albo poszerzenia zakresu daniny solidarnościowej, albo pojawiania się nowych, podobnych obciążeń.

Ograniczony efekt

Nowy podatek obejmie dość wąską grupę, w 2016 r. dochód powyżej miliona złotych wykazało ok. 21 tys. osób składających PIT. Większość z nich – 17,3 tys. – prowadziło jednoosobową działalność gospodarczą i rozliczało się według liniowej 19-proc. stawki podatku. Dlatego niektórzy eksperci wskazują, że wprowadzenie daniny może skłonić część przedsiębiorców do szukania nowych formuł prawnych prowadzenia działalności. Według danych Ministerstwa Finansów w grupach najbogatszych milionerów liniowców średni roczny dochód przekracza 4 mln zł. I to oni mogliby być zainteresowani zmianą formuły np. na spółki kapitałowe. Tym bardziej że MF zapowiada wprowadzenie preferencyjnych stawek podatku CIT dla firm o najniższych obrotach. Już dziś spółka prawa handlowego z rocznym przychodem nieprzekraczającym 1,2 mln euro może płacić 15-proc. CIT.

Z punktu widzenia całej gospodarki wprowadzenie nowej daniny ma drugorzędne znaczenie. Grzegorz Maliszewski, główny ekonomista Banku Millennium, zwraca uwagę, że objęci nią zostaną ludzie zamożni, którzy raczej oszczędzają, niż konsumują. Teoretycznie więc powinno to być wsparcie dla konsumpcji i – w efekcie – dla gospodarczego wzrostu.

– Ale mówimy o kwocie rzędu miliarda, gdy roczna wartość konsumpcji wynosi około biliona złotych. Wpływ więc będzie, ale nieistotny makroekonomicznie – ocenia ekonomista. Zwraca uwagę, że w budżecie od wielu miesięcy mamy nadwyżkę (po maju 9,6 mld zł). Można by więc sądzić, że państwo stać na zasilenie funduszu solidarnościowego kwotą 2 mld zł rocznie.

– Skoro rząd szuka innych źródeł dochodu, to zakłada, że górka w budżecie nie jest zjawiskiem trwałym – mówi ekonomista. Pod koniec roku budżet znów może wyjść na minus. A rok przyszły stoi pod dużym znakiem zapytania ze względu na zbliżające się wybory parlamentarne.

– Biorąc pod uwagę kalendarz wyborczy, rząd, wprowadzając nową daninę, chce zapewnić sobie więcej elastyczności w planowaniu budżetu. Być może spodziewa się wzrostu innych wydatków w najbliższym czasie, co przy wyhamowaniu gospodarki generowałoby większy deficyt – zauważa Grzegorz Maliszewski. Według niego już w latach 2020–2021 sytuacja w finansach publicznych nie będzie tak komfortowa jak obecnie, m.in. ze względu na niższy wzrost gospodarczy, co przełoży się na niższe wpływy z podatków