statystyki

Czy polityka prorodzinna ma sens [OPINIA]

autor: Łukasz Guza22.04.2018, 17:30; Aktualizacja: 22.04.2018, 18:07
Skutkiem polityki prorodzinnej są przemiany społeczne i kulturowe, a te – jak wskazuje analiza powyżej – mają decydujące znaczenie w kwestii dzietności.

Skutkiem polityki prorodzinnej są przemiany społeczne i kulturowe, a te – jak wskazuje analiza powyżej – mają decydujące znaczenie w kwestii dzietności.źródło: ShutterStock

Zachęty do urodzenia dziecka są kosztowne, a ich skuteczność jest znikoma? Bardzo prawdopodobne. Ale i tak musimy je wdrażać. Tylko mądrze i bez uprzedzeń.

Trzysta zł na wyprawkę szkolną dla każdego ucznia, premia za szybkie urodzenie drugiego dziecka, emerytura dla kobiet, które nie pracowały zawodowo, bo wychowały liczne potomstwo. To tylko przykładowe propozycje kolejnych rozwiązań prorodzinnych, których wdrożenie zapowiedział rząd. A tych już obowiązujących jest niemało – becikowe, urlopy ojcowskie i rodzicielskie, obniżanie wymiaru czasu pracy po powrocie z opieki nad dzieckiem oraz sztandarowy projekt partii rządzącej – 500+. Prowokuje to pytanie o skuteczność tych wszystkich uprawnień i programów. Skoro kosztują kilkadziesiąt miliardów złotych rocznie, to warto przeanalizować ich realny wpływ na sytuację demograficzną.

Z perspektywy krajowej efekty ich wdrażania na razie prezentują się marnie. Becikowe wprowadzono w 2006 r., urlopy dla ojców i wydłużony macierzyński – w 2009 r., a urlopy rodzicielskie – w 2013 r. W tym czasie wskaźnik urodzeń zmienił się nieznacznie – w 2005 r. wynosił 1,24 dziecka na kobietę, a w 2015 r. – 1,32 (aby ludności nie ubywało, konieczne jest osiągnięcie wskaźnika 2,1 – wówczas gwarantowana jest wymiana pokoleń). Najlepiej prezentuje się 500+: w ciągu dwóch lat jego wdrażania (2016–2017) wskaźnik wzrósł z 1,32 do ok. 1,42–1,45 w 2017 r. To wyraźnie skok, ale do poziomu dzietności, który gwarantuje odwrócenie negatywnych trendów demograficznych, wciąż jest daleko.

Aby ocenić efektywność inwestowania w rodzinę, koniecznie trzeba jednak przeanalizować politykę wspierania dzietności w innych krajach, bo wiele państw ma w niej znacznie dłuższe tradycje. Przez długi czas dowodem na skuteczność zachęt do rodzenia dzieci był przypadek Francji. Kraj ten jest europejskim liderem pod względem wsparcia dla rodziców. Różne formy pomocy, jak ulgi podatkowe czy świadczenia rodzinne, stanowią 13,7 proc. przeciętnego wynagrodzenia osiąganego w tym kraju (dane PwC). Takie działania przynosiły efekty – dzietność utrzymywała się na bardzo wysokim, jak na Europę, poziomie. W 2010 r. zbliżyła się do poziomu gwarantującego wymianę pokoleń (2,03). Ale od tego czasu coś się w tej machinie zacięło. Przez ostatnie siedem lat wskaźnik spada – według wstępnych prognoz w 2017 r. osiągnął już tylko poziom 1,88 dziecka na kobietę. Wizja wymiany pokoleń oddala się. Co więcej – nie jest to przypadek odosobniony. Podobne problemy ma Szwecja, której polityka prorodzinna uchodziła przez długi czas wręcz za wzorcową. Spadek wskaźnika dzietności w tym kraju jest niemalże identyczny jak w przypadku Francji – z 1,98 w 2010 r. do 1,85 w 2016 r.

Nie są to oczywiście ewidentne dowody na to, że polityka prorodzinna nie ma sensu. Ale jak w takim razie wytłumaczyć fakt, że np. Wielka Brytania udziela rodzicom proporcjonalnie 4,5 razy mniejsze wsparcie niż Francja i osiąga tylko nieznacznie niższy wskaźnik dzietności (1,92 w szczytowym 2010 r. i 1,79 w 2016 r.)? Bułgaria zajmuje ostatnie miejsce wśród unijnych krajów pod względem poziomu wsparcia dla rodziców – wydaje na pomoc dla nich proporcjonalnie 68 razy mniej niż Francja. Ale to tu wskaźnik dzietności rośnie od 2013 r. – z 1,48 do 1,54.


Pozostało jeszcze 71% treści

Czytaj wszystkie artykuły na gazetaprawna.pl oraz w e-wydaniu DGP
Zapłać 97,90 zł Kup abonamentna miesiąc
Mam kod promocyjny

Polecane

Komentarze (2)

  • rozdawanie pieniędzy wszystkich niektórym(2018-04-23 08:23) Zgłoś naruszenie 10

    Znacznie lepszym rozwiązaniem jest model amerykański, który polega na tym, że człowiek zarabia tyle, że może utrzymać wielodzietną rodzinę. Wtedy ten kto chce mieć dzieci pracuje, a ten kto ma priorytety np. etanolowe nie dostaje od państwa pieniędzy pozostałych obywateli w prezencie. Ponadto obecny system to bezmyślne rozdawnictwo pieniędzy, który daj kasę ludziom zamożnym, dla których 500 zł nie jest żadną zachętą do posiadania dzieci.

    Odpowiedz
  • inny poblem(2018-05-23 12:22) Zgłoś naruszenie 00

    Nie wiem, czy to wszystko da się sprowadzić tylko i wyłącznie do samej polityki prorodzinnej. Na decyzję o dziecku, a zwłaszcza kolejnym dziecku, składa się o wiele więcej czynników, niż tylko zaplecze mieszkaniowe, czy finansowe. Obecnie, zwłaszcza w Europie, widać pewnego rodzaju stagnację w mentalności, mianowicie, ludzie, których na dzieci w oczywisty sposób stać są przyzwyczajeni do wygody i swojego stylu życia, z kolei ci których nie stać nie zdecydują się na nie tylko dlatego, że to wciąż będzie pozostawanie w stanie "od pierwszego do pierwszego" (nawet z uwzględnieniem zasobów ze strony państwa) i oddala ich od gonitwy za "mieć", a co za tym idzie pozostawia w świecie, z którego chce się wydostać. Ponadto, dzietność jest też mniejsza wśród ludzi dobrze wyedukowanych, którzy gonią za karierą, za autorozwojem i kiedy już to mają to wielokrotnie na dziecko jest za późno. Również u młodych kobiet wiek kiedy pojawia się pierwsze dziecko przesuwa się w górę. Także polityka, owszem, jakaś powinna istnieć, zwłaszcza oparta na zachecianiu, tylko konia z rzędem temu, kto wymyśli jak te wszystkie aspekty powiązać w całość.

    Odpowiedz

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Polecane