Samorządy na całym świecie konkurują o inwestorów – nikogo to już nie dziwi. Ale nie ma chyba bardziej skrajnego przykładu niż konkurs, który niedawno rozpisał gigant sprzedaży internetowej Amazon.

Przekonaj mnie do siebie

Firma Jeffa Bezosa postanowiła zbudować drugą kwaterę główną, w związku z czym zaapelowała do władz lokalnych w USA, aby przekonały ją, dlaczego miałaby ulokować się właśnie w ich miejscowości. Samorządowcy potraktowali zaproszenie bardzo poważnie. Wiele miast zdecydowało się na akcje promocyjne, w tym obśmiane przez komika Johna Olivera, a zamieszczane na YouTube filmy, w których lokalni włodarze pytają osobistego asystenta produkowanego przez Amazon: „Alexa, jakie jest najlepsze miejsce do zainwestowania w USA?”. W odpowiedzi, charakterystyczny, damski głos oczywiście zawsze wymawiał nazwę danego miasta lub hrabstwa.

Ale Amazonowi nie chodziło tylko o to, żeby samorządowcy zrobili internetowy show. W liście zachęcającym lokalne władze do stanięcia do wyścigu o drugą kwaterę główną ponad 30 razy pada słowo „zachęty” (ang. incentives), czytaj: zwolnienia od różnych podatków (co również wytknął Oliver).

– Dawno temu miałem przyjemność przebywać na południu Stanów Zjednoczonych, gdzie wówczas hrabstwa rywalizowały ze sobą o nową fabrykę mercedesa. Podejście miały bardzo kompleksowe – nie tylko zatrudnili grupy lobbystów, ale też przedstawiali kompleksowe oferty, obejmujące właśnie owe „incentywy”: począwszy od gruntów, przez zwolnienia podatkowe, a na odpowiednim kształceniu, mogącym w relatywnie krótkim czasie wypuścić kilka tysięcy gotowych do pracy absolwentów, skończywszy – mówił podczas Kongresu 590 Andrzej Mochoń, prezes Targów Kielce.

Czym zachęcić

Chociaż przykład firmy zmuszającej samorządowców do stawania na głowie, aby uruchomić u nich swoją siedzibę, to skrajny przykład, niemniej jednak także po drugiej stronie nastawienie w stylu „przychylcie mi nieba” staje się rzadkością. – Przedsiębiorcy nie powinni liczyć na miasto, nie powinni liczyć na państwo. Muszą mieć pomysły. Ja nigdy nie biegałem za ulgami. Tymczasem przez ostatnie 25 lat przyznaliśmy wiele ulg podatkowych nieprawdopodobnie bogatym firmom – i teraz płacimy za to cenę – mówił Adam Góral, prezes zarządu Asseco.

To jednak nie znaczy, że samorząd ma się odwrócić plecami od biznesu. Coraz większa jest bowiem świadomość, że obie strony potrzebują siebie nawzajem oraz że ściąganie inwestorów nie polega na przychylaniu im nieba za wszelką cenę, ale na takim sterowaniu lokalnymi sprawami, aby wyposażyć miasto czy gminę w mocne dla biznesowego partnera atuty, takie jak chociażby odpowiednio wykształceni pracownicy.

– Inwestorów w Rzeszowie sadzamy na honorowym miejscu, bo zależy nam, żeby zostali. Siadamy do rozmów i pytamy: ilu potrzebujecie tokarzy, szlifierzy, spawaczy – i natychmiast uruchamiam klasy, aby wykształcić tylu fachowców. Podczas gdy fabryka jest w budowie, ja kształcę – w ten sposób załoga jest gotowa po otwarciu zakładu – mówił Tadeusz Ferenc, prezydent Rzeszowa.

Podobne jest podejście władz Kielc. – Najważniejsze to poważnie traktować inwestora, który nie może odbić się od urzędu jak od ściany. Nie możemy go przecież puścić, bo pójdzie zainwestować w Rzeszowie, a nie w Kielcach. Ale podejście samorządów do biznesu musi wykraczać poza dobrą obsługę w urzędzie czy posiadanie uzbrojonych terenów. Dzisiaj najważniejsza jest kadra, w związku z czym rozpoczęliśmy ważną inwestycję, jaką jest Centrum Kształcenia Praktycznego, gdzie ok. 70 firm będzie edukowało swoich przyszłych pracowników – bo nawet najlepsza szkoła nie jest w stanie wypuścić ludzi, którzy od razu pójdą do produkcji – mówi prezydent miasta Wojciech Lubawski.

– W Rzeszowie to przedsiębiorcy zawsze mają rację. Jeśli są jakieś wątpliwości, to urzędasy – tak nazywam siebie i swoich pracowników – mają obowiązek myśleć tak, żeby przedsiębiorca wyszedł zadowolony. Oczywiście, mam obowiązki związane z utrzymaniem i rozwojem infrastruktury, ale przecież to wszystko mi się zwróci, kiedy przedsiębiorca wybuduje zakład. Dzięki temu udało nam się powiększyć budżet miasta w ciągu kilku lat o miliard złotych, a Rzeszów urósł o kilkanaście kilometrów kwadratowych i o 45 tys. zwiększyła się liczba mieszkańców – mówił Ferenc.

Znaleźć pole współpracy

Nawet jeśli biznes nie rozgląda się za ulgami, to w pewnych kwestiach nie jest w stanie samorządu wyręczyć. Identyfikacja tych obszarów to potencjalne pole współpracy i uzupełniania się przedsiębiorców i władz lokalnych. – Takim przykładem jest chociażby sieć dróg. Kieleckie targi odwiedza jednorazowo nawet 70 tys. osób i każdy przyjeżdża własnym samochodem. W związku z tym kiedyś miastu bardzo przeszkadzaliśmy, ale po zbudowaniu odpowiedniego układu komunikacyjnego odetchnęli mieszkańcy i nasi goście – mówił Mochoń.

Symbioza Kielc z targami jest unikatowa w skali całego kraju. Kiedyś właścicielem spółki były targi poznańskie, ale ostatecznie w Kielcach zapadła decyzja, aby odkupić udziały – co nie było proste i skończyło się wejściem na drogę sądową. – Udało nam się udowodnić, że spółka matka ogranicza rozwój swojej spółki córki. Ostatecznie cała operacja była kosztowna, ale warto było, ponieważ kieleckie targi pełnią bardzo ważną funkcję miastotwórczą. Przykład pierwszy z brzegu: dzięki działalności spółki w mieście powstało ponad 70 hoteli. To jest dla nas niezwykle cenne – przekonywał Lubawski.

Biznes ambasadorem miasta

Co najważniejsze, samorządowcy już dawno zrozumieli, że gminy biznes jest najlepszym ambasadorem miasta i gminy w kraju i za granicą. Nie trzeba organizować kampanii reklamowej, by w wielu miejscach mieć zapewniona promocję i to całkiem darmową. – Jeśli idzie o promocję miasta, to nasza sytuacja jest o tyle łatwiejsza, że mamy Kielce w nazwie. Czego więc byśmy nie robili, to siłą rzeczy promujemy markę miasta – chociaż często trzeba uświadamiać naszych zagranicznych rozmówców, że słowo „targi” znaczy po prostu „targi”, a Kielce to nazwa miasta, bo przecież nie jest to miasto tak znane na świecie jak Warszawa – tłumaczył Mochoń. – Wystawcy, którzy przyjeżdżają do nas co roku, za każdym razem stwierdzają, że Kielce znów się zmieniły. Natomiast ci, którzy pojawiają się raz na kilka lat, mówią, że miasto zmieniło się nie do poznania – dodał.

Lokalni przedsiębiorcy mogą też w trakcie zachęcać swoich kontrahentów do zainwestowania w ich rodzinnym mieście, jeśli sami są przekonani, że to dobre miejsce do prowadzenia działalności gospodarczej. – W przypadku Targów Kielce taka promocja przyjmuje nietypowy charakter, bowiem moi współpracownicy ściągają do miasta firmy po to, aby wystawiły się na naszych targach. Imprezy targowe zresztą bardzo sprzyjają budowie kontaktów. Wielokrotnie zdarzało się, że nasi wystawcy na stoiskach mieli wywieszoną tabliczkę z informacją, że poszukują polskiego kontrahenta. I rok później często firmy te wystawiały się już jako polskie podmioty, bo udało im się kogoś znaleźć – mówił Mochoń.

– O Rzeszowie swoim partnerom zawsze opowiadam w samych superlatywach, niemniej jednak muszę przyznać się do małej porażki. Kilka lat temu starałem się namówić swoich izraelskich kontrahentów do tego, aby ulokowali się właśnie w stolicy Podkarpacia i niestety, ostatecznie wybrali Katowice, ale prawdopodobnie przez wzgląd na to, że mieli już to miasto upatrzone, a także dlatego, że czynili już w tym celu jakieś przygotowania, w momencie kiedy rozmawialiśmy – mówi Góral.

Pomimo tego, że lista działań, jakie może podjąć samorząd, aby przyciągnąć do siebie biznes, jest długa, nie ma jednej, uniwersalnej recepty, dzięki której każde lokalne władze mogą rozkręcić przedsiębiorczość na podległym sobie terenie. Czasami zdarza się i tak, że samorządowcy sięgają po rozwiązania, których efektywność jest mocno przeceniana, jak chociażby parki technologiczne, w których lokują się przedsięwzięcia nie zawsze kojarzące się z innowacyjnością. – Znam przykłady parków, na terenie których działał i piekarz, i stomatolog. U nas tego nie ma. W parku znajdują się tylko firmy stricte technologiczne i – co więcej – ponad 100 czeka w kolejce, aby się do niego dostać – mówił Lubawski.

PARTNER

źródło: Dziennik Gazeta Prawna