Gdzie są pieniądze Narodowego Funduszu Zdrowia

W minionym roku Narodowy Fundusz Zdrowia wydał na świadczenia medyczne rekordowo wysoką sumę ponad 54 mld zł.

To ponad 10 mld zł więcej niż w 2007 roku i dwa razy więcej niż w 1999 roku, kiedy zaczął działać system powszechnego ubezpieczenia zdrowotnego! Pytanie brzmi - na co wydano te gigantyczne pieniądze, skoro leczenie pacjentów w polskich szpitalach nadal pozostawia wiele do życzenia?

Od kilku lat grudniowe negocjacje kontraktów ze szpitalami odbywają się w świetle kamer telewizyjnych. Nie ma w tym nic dziwnego, bo misją czwartej władzy dziennikarskiej jest kontrolować wydawanie publicznych pieniędzy i występować w interesie pacjentów. Zazwyczaj dziennikarze, realizując ową misję, pytają mnie, dlaczego fundusz płaci tak mało i co dalej z leczeniem pacjentów. Kiedy mówię, że nigdy w szpitalach nie było więcej pieniędzy niż obecnie, zwykle słyszę, że dyrektorzy i lekarze mówią co innego. Raz jeden zdarzyło mi się jednak, że dziennikarz zapytał, gdzie są te gigantyczne pieniądze, o których opowiadam, i na co zostały wydane. Bo na zdrowy rozum powinno być lepiej, a nie jest. Spróbujmy zatem odpowiedzieć na to pytanie, choć z góry uprzedzam, że odpowiedź nie spodoba się wszystkim.

Dyrektorzy szpitali wydają większość pieniędzy z Narodowego Funduszu Zdrowia na płace. Godzina dyżuru anestezjologa w dużym warszawskim szpitalu kosztuje minimum 120 zł. Stawki lekarzy zabiegowych są jeszcze wyższe. Kiedy powiatowy szpital w niewielkiej Iławie przestał przyjmować dzieci, cała Polska dowiedziała się, że lekarze złożyli wypowiedzenia, bo nowa dyrekcja nie chciała im płacić co miesiąc od 10 do 15 tys. zł, twierdząc, że szpitala na to nie stać. Kiedy jedna z ogólnopolskich gazet opisała iławski casus, wielu przecierało oczy ze zdumienia, że zarobki lekarzy w powiatowym szpitalu mogą być wyższe od pensji ministra zdrowia. Nic dziwnego, że Narodowy Fundusz Zdrowia ma kłopot z zatrudnianiem lekarzy - zarobki, jakie mogę zaoferować w Funduszu, są dużo niższe niż w szpitalach. Prasowe doniesienia potwierdzają twarde dane publikowane przez resort zdrowia o zarobkach lekarzy zatrudnionych w polskich szpitalach. Okazuje się, że są takie szpitale, w których praktycznie 98 proc. przychodu wydaje się na płace. Za co dyrektorzy tych szpitali leczą pacjentów? Są również takie, w których na 400 łóżek przypada 1,4 tys. osób personelu, a zgodnie ze światowymi standardami powinno być najwyżej 600. Wydaje się, że w tych szpitalach dyrektorzy, częściowo pod presją związków zawodowych, utracili kontrolę nad polityką płacową. Sprzyja temu formuła publicznego zakładu opieki zdrowotnej, którego dyrektor praktycznie nie odpowiada za straty, tłumacząc się za niskim kontraktem z NFZ. Takie radosne wydawanie pieniędzy w spółce byłoby po prostu niemożliwe!

Cieszę się, że lekarze zarabiają godziwie, jednak jako płatnik dysponujący publicznymi pieniędzmi mam obowiązek zapytać, co jeszcze oprócz płac lekarzy zmieniło się na lepsze w polskich szpitalach. Jaka jest jakość leczenia oferowanego pacjentom? Jaki jest standard opieki nad chorymi? Jak pacjenci są traktowani, skoro zajmują się nimi obecnie już dobrze opłacani lekarze? Na te pytania częściowo odpowiadają wyniki kontroli przeprowadzanych przez NFZ.

Kiedy Fundusz skontrolował ponad 80 oddziałów szpitalnych okulistycznych, okazało się, że tylko jeden z nich prawidłowo prowadził kolejkowe listy na zabiegi. Kiedy kontrolerzy Funduszu zweryfikowali listy oczekujących na zabieg usunięcia zaćmy, okazało się, że kolejki są o połowę krótsze niż szpital wykazywał. Kiedy okazało się, że normą jest operowanie pacjentów, którzy nigdy nie czekali w żadnej kolejce, lekarze tłumaczyli, że nie pamiętają przypadku albo pacjentka była daleką krewną. Ciekawe, że kiedy prawa pacjentów są przez kolegów lekarzy kompletnie lekceważone i dochodzi do sytuacji korupcjogennych, samorząd lekarski milczy. Uaktywnia się tylko wtedy, kiedy można coś skrytykować.

Sabotaż systemu i kłamstwa publikowane na łamach gazet lekarskich o finansowaniu polskich szpitali to samorządowy standard w wykonaniu jednominutowego wiceministra Andrzeja Włodarczyka.

25 mld zł, jakie w 2008 roku wpłynęły do szpitali, nie uzdrowiły sytuacji polskich pacjentów. Nie wiem, czy istnieje suma, która mogłaby to zmienić. Obecna sytuacja jest najlepszym kontrargumentem do wystąpień związkowców i przedstawicieli przywołanego już samorządu lekarskiego, że oto wystarczy zwiększyć nakłady i wszystko będzie super. Nie będzie. Bez zmian systemowych w szpitalach nie będzie lepiej. A co do negocjacji kontraktów, to jak zwykle targi potrwają jeszcze kilka tygodni i wszystko osiągnie nowy stan równowagi aż do kolejnego grudnia. Dyrektorzy szpitali zdają sobie z tego sprawę i chcieliby kontraktować mało, ale za to drogich zabiegów. Fundusz z kolei chce kupić taniej, ale więcej, bo nie wolno dopuścić do sytuacji, że operacja w publicznym szpitalu stanie się dobrem rzadkim i trudno dostępnym. Tego pacjenci, którzy co miesiąc odprowadzają składki na ubezpieczenie zdrowotne, mogliby naprawdę nie wytrzymać.

Jacek Paszkiewicz, doktor nauk medycznych, prezes Narodowego Funduszu Zdrowia

Gazeta Prawna nr 5/2009