O przykłady firm, które zwiększają zatrudnienie, nie jest trudno. Tak stało się np. w spółce Plasmet Czechowicz spod Słupska. – W ubiegłym roku stworzyliśmy 30 miejsc pracy w związku z nowymi zamówieniami krajowymi i zagranicznymi. Zatrudnienie wzrosło do 150 osób – informuje Jan Czechowicz, właściciel przedsiębiorstwa wyspecjalizowanego w produkcji wyrobów metalowych dla przemysłu motoryzacyjnego. Czy trudno było znaleźć chętnych? Niekoniecznie – Czechowicz od kilku lat współpracuje z Technikum Mechanicznym i Logistyki w Słupsku. Uczniowie odbywają staże w jego firmie. Po skończeniu szkoły najlepsi otrzymują propozycje pracy. Po pewnym czasie kierowani są nawet na studia techniczne, które finansuje firma.

Firma AK Anatol z Żar w woj. lubuskim zwiększyła w 2016 r. zatrudnienie z 17 do 30 osób, po tym, jak wybudowała dwa nowe obiekty produkcyjne i wyposażyła je w maszyny i urządzenia. – Dzięki nim poszerzyliśmy ofertę. Na przykład oprócz konstrukcji stalowych wykonujemy teraz także malowanie proszkowe – mówi Anatol Kałasznikow, właściciel firmy.

Etatów przybyło także w spółce Kampol, która prowadzi kluby fitness w Zielonej Górze. – W ubiegłym roku zwiększyliśmy zatrudnienie o 30 osób. To efekt tego, że coraz więcej osób dba o swoje zdrowie i kondycję fizyczną. Po prostu rośnie popyt na nasze usługi – tłumaczy Marek Humiński, właściciel firmy.

Sprzedaż rośnie, więc i pracy jest więcej

Według Głównego Urzędu Statystycznego najwięcej, bo ponad 156 tys. miejsc pracy powstało w handlu i firmach naprawiających samochody. To zasługa m.in. ekspansji wielkich sieci handlowych. Na przykład liczba sklepów Biedronki zwiększyła się o 83 placówki, a Lidla o ok. 30. Równocześnie otwartych zostało 17 nowych centrów handlowych, a 12 tego rodzaju obiektów zostało rozbudowanych.

Ponadto w całym ubiegłym roku sprzedaż detaliczna była o 4 proc. większa niż rok wcześniej. Firmy z branży handlowej musiały więc tworzyć nowe miejsca pracy, aby sprawnie obsługiwać Polaków. Wartość zakupów rosła tak dzięki podwyżkom pensji, jak też dodatkowym pieniądzom, które trafiły do ich portfeli z programu 500+.

Na drugim miejscu w rankingu branż, które stworzyły najwięcej nowych miejsc pracy, znalazł się przemysł przetwórczy. Przybyło w nim 125 tys. etatów. Zatrudnienie rosło, bo szybko przybywało nowych zamówień, zarówno od kontrahentów krajowych, jak i zagranicznych. W grudniu były one o ponad połowę większe niż rok wcześniej. Obok miejsc pracy tworzonych w firmach rozwijających produkcję powstały też etaty w całkiem nowych przedsiębiorstwach, które otwarto w ubiegłym roku – na przykład w nowej fabryce Volkswagena koło Wrześni czy zakładzie produkcyjnym płytek Grupy Tubądzin w Sieradzu.

Trzecie miejsce na podium zajęło budownictwo. W tym sektorze w minionym roku pojawiło się ponad 64 tys. nowych etatów. To zasługa przede wszystkim segmentu mieszkaniowego. Liczba lokali oddanych do użytkowania była o prawie 11 proc. większa niż w roku poprzednim. Kurczyło się natomiast zatrudnienie w firmach budujących obiekty inżynieryjne. Ograniczały one działalność, bo dopiero czekały na nowe kontrakty finansowane ze środków z unijnej perspektywy finansowej na lata 2014–2020.

Mikrofirmy liderem

Niezależnie od branży najwięcej nowych etatów utworzyły mikroprzedsiębiorstwa, czyli podmioty zatrudniające do dziewięciu osób. Tam powstało prawie 44 proc. ogółu nowych miejsc pracy. To nie przypadek, ponieważ dominują one w polskiej gospodarce. Wśród ok. 707 tys. przedsiębiorstw, które zatrudniają co najmniej jedną osobę, niemal 70 proc. to właśnie firmy mikro.

Przyrost etatów w najmniejszych firmach nie wynika tylko z ich rozwoju. Częściej niż większe przedsiębiorstwa zatrudniają one pracowników na umowach o dzieło albo na zleceniach. A z początkiem 2016 r. weszły w życie przepisy, które w istotny sposób zmieniły zasady podlegania ubezpieczeniu społecznemu przez pracujących na podstawie m.in. umowy-zlecenia. Powstał obowiązek odprowadzania do ZUS składek od wszystkich takich umów do wysokości minimalnego wynagrodzenia za pracę. Wcześniej była możliwość uchylania się od płacenia składek (często zawierano np. dwie umowy-zlecenia: jedną na bardzo niską kwotę, od której odprowadzana była składka, i drugą z wyższą kwotą, która nie była już oskładkowana).

Po zmianach umowy takie formy stały się dla pracodawców mniej atrakcyjne. I część z nich przekształciła je na tradycyjne umowy o pracę.

Swoje zrobił również nacisk pracowników. We wcześniejszych latach godzili się oni na umowy cywilnoprawne ze względu na trudną sytuację na rynku pracy. Jednak w ubiegłym roku stopa bezrobocia spadła do poziomu najniższego od ćwierć wieku. Firmy zaczęły mieć kłopoty ze znalezieniem kandydatów do pracy. Siła przetargowa tych ostatnich znacząco wzrosła i jednym z wymagań, jakie zaczęli stawiać, jest etat zamiast „śmieciówki”.

Ponadto uchwalono przepisy, zgodnie z którymi w umowach-zleceniach i o świadczeniu usług obowiązuje minimalna stawka godzinowa w wysokości 13 zł. Nie można już płacić 8, 5 czy – jak nierzadko się zdarzało – 4 zł za godzinę. Co prawda prawo takie obowiązuje dopiero od początku tego roku, ale część firm mogła przygotowywać się do niego wcześniej – i zamieniali pracownikom śmieciówki na etaty.

Podobne były przyczyny powstania dużej liczby etatów w firmach małych zatrudniających od 10 do 49 osób. Na nie przypadło 29,1 proc. nowo utworzonych miejsc pracy.

– Zarówno mikroprzedsiębiorstwa, jak i małe firmy są w swoim działaniu bardziej elastyczne niż duże przedsiębiorstwa. Potrafią dostosować się szybko do potrzeb klienta. Dlatego tworzą najwięcej miejsc pracy – uważa prof. Zenon Wiśniewski z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Podkreśla, że coraz więcej takich przedsiębiorstw (między innymi dzięki internetowi) wychodzi ze swoją ofertą poza lokalny rynek, także za granicę. Znajduje tam kontrahentów i aby zrealizować ich zamówienia, zwiększa zatrudnienie.

Z szarej strefy do legalnej gospodarki

Na wysoką liczbę nowych miejsc pracy w statystyce mogło wpłynąć także ujawnienie części etatów, które wcześniej były w szarej strefie. To zjawisko, które dotyka przede wszystkim małych i średnich firm z handlu, gastronomii, hotelarstwa i budownictwa.

Według ostatnich danych GUS za 2015 r. w szarej strefie pracowało 970 tys. osób – o 39 tys. mniej niż w roku poprzednim. Ten spadek mógł się utrzymać w roku ubiegłym. Nie tylko ze względu na dobrą koniunkturę, która ogranicza gospodarkę ukrytą przed fiskusem. Część przedsiębiorców funkcjonująca w szarej strefie mogła z niej wychodzić ze względu na obawy związane ze wzmożonymi kontrolami zainicjowanymi przez nowy rząd.

Z danych GUS wynika, że w końcu grudnia na chętnych czekało niemal 20 tys. nowych miejsc pracy. A po doliczeniu istniejących wcześniej wolnych etatów liczba miejsc pracy czekających na chętnych rośnie do 78 tys. Można oczekiwać, że również w tym roku będzie ich dużo, ponieważ m.in. z powodów demograficznych kurczy się liczba pracowników, których potrzebują pracodawcy – jak wynika z prognozy GUS w tym roku grupa osób w wieku produkcyjnym zmniejszy się o 114 tys. Przedsiębiorcy będą więc nadal uzupełniać braki kadrowe pracownikami z Ukrainy. W ubiegłym roku zgłosili oni chęć zatrudnienia ponad 1,3 mln naszych sąsiadów ze Wschodu.