Kampania wyborcza to niekończące się obiecanki. Politycy kadzą nam, udają, że pochylają się nad naszymi problemami, rozliczają poprzednie ekipy i zaklinają się, że kiedy w końcu przejmą władzę, to odmienią nasz los. My z kolei dajemy się omamić, wrzucamy głos do urny i przez kolejne cztery lata przecieramy oczy ze zdumienia – jak mogliśmy być tak krótkowzroczni i łatwowierni?

Tym razem miało być inaczej. Kiedy podczas wyborczego festiwalu PiS przelicytował konkurentów, obiecując 500 zł na każde dziecko, wyborcy składali obietnice, że oni nie przyłożą ręki do zadłużania państwa. I znowu wszyscy mieli kłopot z dotrzymaniem słowa: PiS – bo miał dać na każde dziecko, a dał tylko na drugie i na każde kolejne; ekonomiczni malkontenci – bo mieli nie brać, ale skoro dano za darmo, to głupio było odmówić. A nie od dziś wiadomo, że okazje są nie dla idiotów. Wiadomo też, że idealizm kończy się wraz z kampanią. Politycy przestają wierzyć w to, co mówią, a obywatele też nie wyżywią się ideami. I tak 500+ z postponowanej łapówki wyborczej stało się przyjemnym kieszonkowym, które osładza niesmak rozdawnictwa rozrzutnego rządu.

Usiłując zadać kłam obiegowej opinii, że w Polsce tylko ryby nie biorą, postanowiłem sprawdzić, kogo stać na heroizm niekorzystania z ustawowo przynależnych mu pieniędzy.

Na początek obdzwoniłem dzieciatych znajomych. Takich, którzy w co drugim poście na Facebooku złorzeczą na PiS, chodzą na antyrządowe marsze i wklejają zdjęcia z zagranicznych wypraw pod palmami całą rodziną. Po co im 500+ – ta myśl nie dawała mi spokoju. Podobno nadzieja umiera ostatnia – moja nadzieja na znalezienie kogoś przynajmniej z dwójką niepełnoletnich dzieci, kogo stać, aby nie brać i rzeczywiście nie bierze, umarła już po pierwszym telefonie. A im dłużej szukałem, tym bardziej utwierdzałem się w przekonaniu, że w braniu nie ma nic dziwnego, lecz w zadawaniu pytań o motywy brania tkwi niestosowność. – Nie znam takich osób, niestety. U nas 500+ idzie na wymarzoną przez córkę naukę gry na pianinie – powiedziała znajoma. – Wszyscy, których znam, biorą. Ja na początku się stawiałam i nie chciałam brać. A teraz drugi raz lecimy z rodziną do Portugalii, bo uzbieraliśmy z 500+ – zapewniła druga. – Nie znam, ja dostaję – napisał na FB kolega, którego nie sposób posądzić o sympatyzowanie z obecną władzą ani o życiową niezaradność. – To działa jak promocja w Lidlu. Nawet gdyby sieć miała zbankrutować z powodu oddawania nieuczciwym klientom pieniędzy za zwrot pustych opakowań bez towaru w środku, ludzi by to nie powstrzymało przed załadowaniem samochodowych bagażników promocjami na chama. Nie znajdziesz raczej nikogo takiego – uprzedził.

Ostatnie zdanie wracało do mnie jak mantra w ustach pozostałych znajomych rodziców. „Nie znam nikogo takiego” – odpowiadało mi echo w słuchawce telefonu i na tych czterech słowach kończyła się na ogół korespondencja w e-mailach i na portalach społecznościowych. Powoli zaczynałem wierzyć, że takich, którzy z własnej nieprzymuszonej woli nie chcą niczego od państwa, przestano produkować. Tylko na chwilę zmieniłem zdanie, kiedy telefon odebrał mój kolega Przemek i powtórzył z otuchą w głosie: „Nie, nie przesłyszałeś się – nie biorę”.

Nie wezmę od PiS

Przemek ma dwoje dzieci – starsze jest w wieku 12 lat, młodsze liczy 5 lat. Ale ma trochę skomplikowaną sytuację życiową. Starszy syn mieszka z jego byłą żoną w innym mieście i dostaje od niego alimenty. Młodszego Przemek wychowuje ze swoją nową partnerką. Nie pobiera żadnych świadczeń, chociaż mógłby się o nie starać. To nic, że jest rozwiedziony, a jeden z synów wyniósł się z matką z Warszawy – skoro nie ograniczono mu praw rodzicielskich. W styczniu tego roku „Rzeczpospolita” opisywała podobny przypadek ojca, którego syn został przy matce, a kobieta wyprowadziła się do innego miasta, a mężczyzna mimo to ubiegał się o 500+ dla wychowywanej córki. I choć gmina odmówiła mu świadczenia, tłumacząc, że skoro nie mieszka z synem, ma de facto jedno dziecko, sąd nie przychylił się do argumentacji burmistrza jakoby intensywność więzi rodzicielskich należało mierzyć odległością między jednym miejscem zamieszkania a drugim i uchylił decyzję o wstrzymaniu pomocy. Przemek jednak nie zamierza wojować, chodzić najpierw po urzędach, później po sądach, znowu po urzędach i przed nikim świecić oczami. – Szkoda mi na to czasu. Poza tym nie chcę się spowiadać nikomu, ile zarabiam. Co to kogo obchodzi? – podnosi głos.

O zarobkach mówić nie zamierza. Ale daje mi do zrozumienia, że dla niego 500 zł to niewielkie obciążenie, więc nie potrzebuje rekompensaty od państwa. Jest producentem w branży filmowej, a budżety filmów czy programów telewizyjnych są ogromne. Sporo zarabia na każdej produkcji. Wystarczająco dużo, aby nie oglądać każdej wydawanej złotówki. Do kwot naprawdę nie ma pamięci. – Wiem jedynie, że płacę co miesiąc 1200 zł za przedszkole syna. Aha, paliwo podrożało. Pięćset złotych kosztuje mnie zatankowanie baku do pełna – mówi bez emocji w głosie.

Istota systemu polega na rozdawnictwie, a ludu nie obchodzi, co będzie dalej. Nawet moi dawni koledzy, Korwin--Mikke i Wipler, biorą. A zresztą, co to da, jak jeden nie weźmie, skoro wezmą cztery miliony – pyta retorycznie Waldemar Rajca z Kongresu Nowej Prawicy

Jest jeszcze jeden ważny powód, dla którego Przemek w ogóle nie zaprząta sobie głowy manną z państwowego nieba. Nie głosował na PiS i nie ukrywa, że z obecną władzą jest mu bardzo nie po drodze. Czyli nie bierze i z powodów ekonomicznych, i ideologicznych. – Nawet gdybym wziął te pieniądze i przeznaczył na dobre wino, to na drugi dzień miałbym kaca. A może należy jednak po nie sięgnąć? Schylić się, podnieść i dać Owsiakowi? Albo innym potrzebującym? – zastanawia się. Rozmawiamy w połowie stycznia podczas trwania kolejnego finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy – pewnie stąd ten ton w jego głosie. Pytam, co by zrobił, gdyby rząd dawał na dzieci znacznie więcej? Nie pięćset, a tysiąc, może półtora? Wziąłby? Każdego można kupić, to tylko kwestia ceny, a wtedy do jednej kieszeni chowa się idee, a do drugiej pieniądze. – Jakby dawali 5 tys., tobym się zastanowił. Poszukałbym wtedy uzasadnienia, dlaczego biorę. A tak poważnie, chcę dać dziecku jak najwięcej ciepła. To jest warte dużo więcej niż 500 zł – dodaje. Nie rozumie ludzie wierzących w hojność rządu, który z jednego portfela zabiera i z tego samego daje. No i ma obawy, że dzisiaj żyjemy w Polsce, a jutro obudzimy się w Grecji. Tak, tak, on do tego ręki nie przykłada. Przynajmniej nie jest gołosłowny.

Poznałem też innych rozwiedzionych mężów i odseparowanych od dzieci ojców, którzy nie są beneficjentami programu „Rodzina 500+”. Oni – w przeciwieństwie do Przemka – chętnie by wzięli, nie są więc bohaterami mojej historii, ale zwracają uwagę na ważny problem. Twierdzą, że dzięki 500+ liczba rozwodów w Polsce będzie rosła lawinowo, bo to zachęta dla kobiet, aby wieść żywot samotnych matek. Wszystko dlatego, że sądy rodzinne przy ustalaniu wysokości alimentów nie biorą pod uwagę świadczenia wychowawczego w wysokości 500 zł, a matki nie zgadzają się na opiekę naprzemienną obojga rodziców. Efekt? – Ojciec po rozwodzie jest zmuszony do płacenia alimentów, a matka otrzymuje premię 500+ za to, że z pomocą sądu pozbawiła dzieci możliwości wychowywania przez ojca – żali mi się jeden z ojców rozwodników.

Nie przyjmę od nikogo

Szukam dalej śmiałków, którzy odmówili dzieciom państwowej pomocy. Pukam do różnych środowisk. Feministki – milczą. Radykalni liberałowie z obozu Forum Obywatelskiego Rozwoju Leszka Balcerowicza – nie podejmują tematu. Libertarianie fetyszyzujący wolność jednostki i alergicznie uczuleni na za dużo państwa w państwie odzywają się po kilku dniach. W ich gronie wszyscy uprawnieni do brania biorą, ale na otarcie łez proponują mi rozmowę z członkinią ruchu, która mimo wyznawania wolnościowej filozofii, siedzi na garnuszku państwa... Ręce na moment mi opadają, ale nie podnoszę ich w geście kapitulacji, tylko szukam dalej. Anarchiści nie odpowiadają. Ich krewniacy, skłotersi, koczujący w pustostanach na peryferiach legalizmu państwowego – też są nieczuli na mój apel. Ale po jakimś czasie przychodzi odpowiedź od warszawskiego Kolektywu Syrena. Niestety, tam też się nie przelewa i chociaż to niezależna grupa zasiedlająca autonomiczną przestrzeń, raz w miesiącu robi się propaństwowa. „W naszej społeczności decydują zasoby kieszeni. Wszystkie wielodzietne mamy, które znamy, a znamy co najmniej pięć, korzystają z 500+ i to wręcz pozwoliło im na lepszą jakość życia – mogą zabrać po raz pierwszy dzieci na wakacje. Takie idealistki, o których pan zamierza pisać artykuł, nie są nam znane” – czytam w e-mailu.

Ale nie tylko życie nie znosi próżni, zawód dziennikarza też, więc z braku idealistek trafił mi się idealista.

Surfując po Facebooku, natknąłem się na wpis Bartłomieja Piotrowskiego z początku tego roku. Był zaadresowany do Jarosława Kaczyńskiego. Bartłomiej szyderczo wyrażał wdzięczność prezesowi PiS za to, że dzięki działaniom jego partii poznał wielu ludzi zatroskanych stanem demokracji w Polsce, ma od teraz wiele celów społecznych do zrealizowania i przed kim bronić kraju, w którym dorastają jego dzieci. Treść była zjadliwa, forma dziękczynna. Ale w tych „podziękowaniach” było jasno zaznaczone, że nie dotyczą paraliżu Trybunału Konstytucyjnego, zniszczonego systemu edukacji ani darowizny 500+, ponieważ – jak przyznał autor wpisu – „nie wziął złotówki, bo nie jest paserem”.

Postanowiłem podpytać o to 500+. – Za co mi się niby należy? Za to, że mam dzieci? Mam, bo chciałem mieć. Nie biorę 500+ i nie wezmę. Nie da się dokładnie przeliczyć, ile rzeczywiście potrzeba pieniędzy na wychowanie dziecka. Jak wyliczono, że wystarczy 500 zł co miesiąc? – oburza się na wstępie naszej rozmowy na ten zbytek luksusu.

Branie tych pieniędzy uważa za niemoralne i nielogiczne. Ale nie przez wszystkich – ci, którzy nie mają czego do garnka włożyć, powinni je otrzymać i móc rozsądnie spożytkować. I nieważne, ile mają dzieci – jedno, dwoje, troje, więcej... A zaradni niech sobie sami radzą. W przeciwieństwie do Przemysława, awersja pana Bartłomieja do rządzącego ugrupowania nie ma decydującego wpływu na decyzję o niebraniu. Wylicza, że nie wziąłby od żadnej partii: ani od PiS, ani od PO, ani od PSL, ani od SLD. Ma dwunastoletnią córkę z pierwszego małżeństwa i dwie dziewczynki z drugą żoną – dwulatkę i sześciolatkę. Rachunek jest prosty – przysługuje mu tysiąc złotych. – A niech przysługuje. Jeśli państwo daje bez kategoryzowania statusu majątkowego osób, do których trafiają pieniądze, to jest to nielogiczne rozdawnictwo. Nie wolno lekką ręką rozdawać pieniędzy. PiS niszczy nie tylko naszą demokrację, ale i gospodarkę. Państwo łatwo zrzuciło z siebie obowiązek zapewnienia przedszkoli, żłobków. „Macie kasę rodzice i sobie radźcie” – Piotrowski nie przyjmuje tych wytycznych rządu dla obywateli.

No dobrze, raz jeden zastanawiał się, czy nie wziąć. Ale to się nie liczy, bo gdyby wziął, od razu przeznaczyłby te pieniądze na działalność Komitetu Obrony Demokracji, z którym się utożsamia i afiszuje, na co wskazuje galeria zdjęć na jego facebookowym profilu. Trochę się jednak obawiał, że jak przekaże środki na konta organizacji, zrobi się z tego niepotrzebna afera. A jemu na taniej popularności nie zależy – zależy mu na państwie. Bo czy w przeciwnym razie jeździłby po szkołach w całej Polsce i rozwiązywałby z młodzieżą licealną casusy prawne i rozmawiał o konstytucji, aby uczulić dorastających obywateli na poważny problem trybunału? Bo Bartłomiej jest prawnikiem z wykształcenia, a społecznikiem z obowiązku. I wcale nie planował internetowej krucjaty. Kontestatorem z czterdziestką na karku został po tym, jak prezydent Andrzej Duda ułaskawił przed skazaniem szefa CBA Mariusza Kamińskiego. Wtedy zaczął wspierać KOD, po godzinach. Bo od rana do wieczora zawiaduje swoją kancelarią. I choć na brak pracy nie narzeka, z kasą czasem bywa krucho. Bo są lepsze i gorsze miesiące – w grudniu klienci ubierają choinkę, robią zakupy przedświąteczne, więc mało kto przychodzi. W maju są komunie i na ogół nikt się nie rozwodzi. Czyli ten „1000 plus” z pewnością przydałby się do budżetu domowego, ale brać pieniądze, które nie wiadomo komu się należą, to przecież niemoralne. – Krezusem nie jestem, chociaż pracuję. Żona również. Mamy kredyt do spłacenia. Nic mnie nie obchodzi, że te pieniądze na nas czekają. Gdzieś jest ta granica, kiedy trzeba powiedzieć dziecku: nie ma na to pieniędzy. I dziecko musi zrozumieć. Pewnie, że nie zawsze łatwo jest uzbierać na dwa rodzinne wyjazdy zagraniczne co roku. Oczywiście, że te pieniądze coś by zmieniły w życiu naszej rodziny. Ale nie zaważyłyby na jakości naszego życia – przekonuje. Co innego spędza mu sen z powiek. Czy córki po skończeniu osiemnastu lat nie upomną się o te pieniądze, które mógł od państwa ciągnąć w ich imieniu, ale nie chciał tej kroplówki. Myśli o tym, co to będzie – w końcu jest prawnikiem.

Pytam, czy zna więcej takich jak on, którzy nie połaszczyli się na łatwy państwowy grosz. W końcu pod jego postem na Facebooku pojawiło się mnóstwo lajków i jeszcze więcej komentarzy, żeby tak trzymał i nie odpuszczał. Wpis udostępniono na wielu profilach sympatyków KOD. Ale nikt nie odpisał z ulgą, że teraz jest nas przynajmniej dwóch. Co innego skopiować na swój profil cudzy post i się pod nim podpisywać, a co innego uznać czyjąś postawę za godną naśladowania i podążyć za przykładem. – Nie wiem, czy ktoś ze znajomych nie bierze, nikt się nie przyznaje, że nie pobiera. Dla nich to bonus ekstra na wyjście do knajpy. Jedną ręką biorą pieniądze, a drugą piszą na Facebooku, jaki ten rząd jest niedobry – narzeka pan Bartłomiej. Liczę naiwnie, że wśród osób związanych z KOD i tak gorliwie punktujących działania obecnego rządu znajdzie się jednak więcej ideowych Bartłomiejów. Ale od miesiąca nie mam cynku w tej sprawie, choć z pytaniem tym zwróciłem się do mazowieckich struktur.

Nie zabiorę innym

W pogoni za tymi, którzy wypinają się na 500+, docieram do zamożnych przedsiębiorców, pedagogów obeznanych z problemami setek rodzin oraz polityków wmawiającym nam wszystko, co tylko chcemy usłyszeć. I wszędzie ten sam refren zgranej piosenki pod tytułem: „Nie widziałem nikogo takiego na oczy”, ewentualnie – „Ja nie biorę, ale tylko dlatego, że mnie się ustawowo nie należy”.

Z politykami idzie najtrudniej. Platforma – nie reaguje; Nowoczesna – udaje, że nie słyszy; Kukiz’15 – też nie jest skory do udzielenia odpowiedzi, choć pytanie skierowałem do posła Marka Jakubika, który mówił, że nie weźmie; Solidarna Polska – odsyła do Ministerstwa Sprawiedliwości, ale przecież minister Ziobro już pochwalił się przed kamerami, komu odda swoje 500+. Bardziej rozmowni są ludzie z dawnej partii KORWiN, która przekształciła się w partię Wolność. – Jeśli ktoś uczciwie pracuje, płaci bardzo wysokie podatki, to tego typu zwrot mu się po prostu należy. Chodzi o to, że państwo musi nam najpierw zabrać pewną sumę – wyższą niż 500 zł – i potem oddaje w ramach polityki prorodzinnej. Naszym zdaniem powinno się obniżać podatki i zostawiać pieniądze w kieszeniach obywateli, którzy je zarabiają. Za skandaliczną sytuację uważamy rozdawanie tym, którzy nic nie robią i tylko ustawiają się po zasiłki, 500+ czy darmowe obiady. Problem nie leży w ludziach, że biorą, tylko w systemie – mówi Dawid Lewicki, wiceprezes partii Wolność.

Bardziej radykalny w ocenie jest Waldemar Rajca z Kongresu Nowej Prawicy. – Socjalizm korumpuje bardzo. To słodka trucizna, która zabija powoli. Istota tego systemu polega na rozdawnictwie, a ludu nie obchodzi, co będzie dalej. Nawet moi dawni koledzy Korwin-Mikke i Wipler biorą. A zresztą, co to da, jak jeden nie weźmie, skoro wezmą cztery miliony – pyta mnie retorycznie.

Widzę gdzieś w oddali światełko w tunelu, kiedy Marek Zakrzewski, mentor środowiskowego wsparcia odpowiedzialny za aktywizację zawodową seniorów, obiecuje mi naraić jedną, dwie osoby niebiorące. Ale po dwóch dniach nie ma dla mnie dobrych wieści. – Moi znajomi są niechętni do rozmów, bo myślę, że tak naprawdę biorą, a cały ten szpan jest dla imponowania znajomym. Ta kasa to sztuczna likwidacja ubóstwa dzieci i młodzieży. Do czasu wprowadzenia 500+ było to 22–24 proc. dzieci do 18. roku życia. Świadczenie obniżyło statystyki ubóstwa, ale... pozostał poważny problem przyczyn jego występowania i dziedziczenia. Tu nie chodzi tylko o pieniądze. Świadczenie jest łapówką i prawdopodobnie zaktywizuje ok. 2 mln osób ubogich, które nie chodziły na wybory, bo miały gdzieś rządzących. Teraz pójdą, by obronić kasę. Biedni biorą – bo nie mają, bogaci biorą – bo co szkodzi mieć więcej – konstatuje Zakrzewski.

Iwona z Krakowa nie uważa się za bogatą, choć jej rodzinie nieźle się powodzi. Głosowała na PiS, ale nie sięga po pieniądze z państwowej kasy, choć ma piątkę dzieci. I gdzie tu logika? Nie ma! Iwona nie chce porozmawiać, nawet odpisać na pytania nie ma ochoty. Ma jedną cechę wspólną z tymi, co mogą brać 500+, ale tego nie robią – nie ujawnia się, nie chwali, nie afiszuje. To zdumiewające, że ci, których stać, i którzy za wszystko krytykują PiS – biorą i jeśli trzeba, mówią o tym głośno. A ci, którzy z własnej szczodrości mogliby uczynić hasło na billboardzie reklamowym, wolą milczeć i ukrywać się ze wstydu.

W dotarciu do Iwony pomaga mi Joanna. Odnajduję ją na jednej z zamkniętych grup, która debatuje o zasadności wprowadzenia 500+. Joanna sama bierze, ale chwali się, że ma dwie koleżanki, które odmówiły. Jedną z nich jest Iwona. Po długich namowach udaje mi się ją naciągnąć na krótkie zwierzenia. Ale na warunkach Iwony. Wysyłam więc kilka pytań za pośrednictwem Facebooka do Joanny, Joanna telefonuje do Iwony i robi za mnie dziennikarską robotę. Po chwili odpisuje na pytania. Co wiemy o Iwonie? Jest po czterdziestce, ma piątkę dzieci w wieku 3, 9, 11, 12 i 15 lat. Mąż ma własną firmę – dobrze zarabia. Ona nie pracuje. Nie zważając na kryterium dochodowe, przysługuje im przynajmniej „2000 plus”.

– Dlaczego nie wezmą państwo tych pieniędzy?

– To była nasza wspólna decyzja. Są ludzie bardziej potrzebujący.

– A dzieci o tym wiedzą? Słyszały o 500+? I nie mają do państwa pretensji?

– Nie rozmawiamy z dziećmi na takie tematy.

– I naprawdę nie szkoda państwu, że ta niemała w końcu suma przelatuje co miesiąc dzieciom koło nosa?

– Nie, nie szkoda, z pensji męża odkładamy każdemu dziecku miesięcznie czasem więcej niż 500 zł.

– A te pieniądze motywują do prokreacji? Państwo by się zdecydowali urodzić kolejne dziecko za 500 zł?

– Uważam, że 500+ pomaga rodzinom w decyzji o kolejnym dziecku, ale nawet bez 500+ można starać się o dzieci.

Tyle Iwona, która tak jak Przemysław nie musi się martwić o domowy budżet, i tak jak Bartłomiej dostrzega różnice między tym, co moralne, a tym, co materialne. To, co jedni widzą gołym okiem, innym zasłaniają różowe okulary. Bez obawy, skutki powszechnego 500+ jeszcze dadzą znać o sobie. Fachowcy przestrzegają przed odpływem kobiet z rynku pracy, poszerzaniem szarej strefy czy wyludnianiem się ośrodków adopcyjnych. Ale tego jeszcze nie widać, bo punkt widzenia zależy od miejsca, z którego się patrzy. – Osoby, z którymi mam kontakt na co dzień, uważają, że te pieniądze powinny być wykorzystywane inaczej, a instrumenty przyznawania środków skonstruowane mądrzej – mówi doradca biznesowy Marcin Senderski. – Należy jednak pamiętać, że to jest pogląd Warszawy. A im dalej od stolicy, tym przyklaskujących pomysłowi 500+ będzie więcej. Na prowincji krytyków się nie znajdzie. Moja żona śledzi fora ogólnopolskie, na których rozmawiają ze sobą mamy. Pod koniec miesiąca temat rozmów jest tylko jeden: „Kto już dostał kasę?”, „Kiedy będzie w tym miesiącu przelew?”, „Czy kasa będzie przed świętami, powinna być przed świętami!”. 500+ jest nie do ruszenia i żaden kolejny rząd nie będzie w stanie tego ograniczyć albo znieść. Niestety najboleśniejszą tego konsekwencją – niefinansową – jest powrót do silnie patriarchalnej struktury społeczeństwa. Mam wrażenie, że z tego wiele kobiet jeszcze nie zdaje sobie sprawy.