statystyki

Mleczko: Prezenteizm, czyli groźny wirus na rynku pracy

autor: Radosław Mleczko19.12.2016, 07:35; Aktualizacja: 19.12.2016, 08:13
choroba

Badania wpływu nieefektywnej obecności w pracy na gospodarkę Australii wykazały, że jej koszt w latach 2005–2006 wyniósł 25,7 mld dolarów, co stanowiło prawie czterokrotność kosztów absencji chorobowej.źródło: ShutterStock

Kto z   nas nie był choć raz narażony na krępujące towarzystwo zakatarzonej koleżanki lub zasmarkanego kolegi z   pracy, rozsiewających wokół siebie pajęczynę chusteczek higienicznych, zamiast pójść do lekarza i   wziąć zwolnienie z   pracy? Kto z   nas nie był choć raz tą koleżanką lub tym kolegą kichającym na otoczenie?

Reklama


Prezenteizm. Za tym, dość mechanicznie, żeby nie powiedzieć pokracznie, skopiowanym z   angielskiego terminem kryje się nie tylko nieefektywna obecność w   pracy i   zagrożenie epidemiologiczne dla otoczenia, ale też poważne konsekwencje dla samych zakatarzonych. Nie chodzi przecież o   nieefektywność wynikającą z   tego, że będąc w   pracy, nie mamy w   niej co robić. Przeciwnie.

Prezenteizm to zjawisko charakterystyczne nie tylko dla korporacji – głównych oskarżonych o   wszelkie grzechy w   świecie pracy. Równie dobrze przejawy prezenteizmu znajdziemy w   małych firmach i   instytucjach publicznych. C oraz częściej się o   nim mówi i   pisze nie tylko w   środowisku ekspertów. Co sprawia, że pomimo oczywistych przeciwskazań idziemy do pracy? Jesteśmy w   niej obecni – nieobecni. Co nami kieruje? Jakie są koszty takich decyzji?

Gdyby chodziło tylko o   katar , można by założyć, że nasze decyzje są najczęściej wynikiem bagatelizowania objawów choroby. Z   niechęcią myślimy wówczas o   wizycie u   lekarza i   związanych z   nią uciążliwościach. Z   obawą o   obniżonym wynagrodzeniu, ewentualności utraty premii. Przecież wystarczy łyknąć kubek przegotowanej wody z   cudownie musującym proszkiem i   psiknąć sobie w   nos, żeby poczuć ulgę i   zabrać się do pracy. Do następnego kubka i   kolejnego psiknięcia. Na alergię też znajdzie się doraźne panaceum. Na migrenę, na depresj ę , choroby reumatyczne, bóle stawów, niestrawność. Tak przynajmniej uważamy. Idziemy do pracy, bo bez nas się nie obejdzie, terminy gonią, szefowie czekają, zaległości rosną. Idziemy, bo gdyby jednak bez nas się obyło, to może okazać się, że wcale nie jesteśmy w   pracy tacy niezbędni, jak nam się wydaje. Idziemy, bo przecież nie zostawimy współpracowników z   zespołu. Idziemy, bo za nas nikt tego nie zrobi. Idziemy nie tylko pomimo choroby, ale też poważnych kłopotów, które mamy poza pracą. Zostawiliśmy w   domu chore dziecko pod wątpliwą opieką, babcię lub dziadka w   szpitalu, nie nadążamy ze spłatą kredytu. Idziemy do pracy i   jesteśmy w   niej obecni – nieobecni. Czy można inaczej ułożyć relacje z   pracodawcą? Tak żeby nie posądzał nas o   hipochondrię, symulowanie i   wyolbrzymianie naszych problemów, ale żebyśmy nie musieli kosztem zdrowia stawić się do jego dyspozycji?


Pozostało jeszcze 65% treści

Czytaj wszystkie artykuły
Miesiąc 97,90 zł
Zamów abonament

Mam już kod SMS
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy INFOR Biznes. Zapoznaj się z regulaminem i kup licencję
Więcej na ten temat

Reklama


Polecane

Komentarze (1)

  • gerel(2016-12-19 08:12) Zgłoś naruszenie 50

    Na katarek lekarze nie chcą wystawiać zwolnień, do tego często pójście do lekarza kosztuje mnóstwo zdrowia. Dlatego na L4 chodzą bardziej chorzy oraz ci co mają lepszy dostęp do lekarza, np znajomego, mniejsza miejscowość itp. Przykład stan podgorączkowy, kaszel, katar, bóle mięśni, lekarz daje leki typ gripex a o zwolnieniu nie ma mowy. Urlop mam brać?

    Odpowiedz

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Polecane